— A co powiesz o tym drugim kierunku?

— O jakim drugim kierunku?

— Dokładnie w poprzek, czyli prostopadle do poprzednio wymienionego.

— A, w ten sposób. — John Breton znów upił ze szklaneczki; robił wrażenie niemal rozbawionego. — W okresie, kiedy czytywałem fantastykę naukową, nie uważaliśmy tego za prawdziwą podróż w czasie. Nazywaliśmy to światami równoległymi.

— W porządku — odparł Jack ugodowo. — Co wobec tego myślisz o podróży w światy równoległe?

— Czy chcesz powiedzieć, że przybywasz z innej teraźniejszości? Z innego strumienia czasu?

— Tak, John.

— Ale jak? Gdyby to była prawda, musiałbyś się tu czymś dostać. — John Breton uniósł szklaneczkę do ust, ale nie napił się, w jego oczach malowała się zaduma. — Dziewięć lat, powiedziałeś. Czy to ma coś wspólnego z…?

— Słyszę jakieś głosy, John. — W drzwiach stała Kate. — Kto tu jeszcze u was jest? Och…

Jack Breton wstał, kiedy weszła do pokoju, i nagle jej widok wypełnił jego oczy, dokładnie jak tego wieczoru, kiedy po raz ostatni patrzył na Kate żywą, aż wreszcie jej obraz wdarł się w jego świadomość, trójwymiarowy, ostry, doskonały. Na chwilę ich oczy się spotkały, po czym Kate odwróciła wzrok, a w jego głowie wybuchł fajerwerk szczęścia. Trafił ją. Trafił ją bez słowa.

—  John? — Jej głos był niepewny, drżący. — John?

—  Lepiej usiądź, Kate — powiedział John Breton wysokim, chłodnym, utrzymanym na jednym tonie głosem. — Nasz przyjaciel ma nam coś do powiedzenia.

—  A może i Kate by się napiła — zaproponował Jack Breton. — To nam prawdopodobnie zajmie trochę czasu. — Kate obserwowała go z czujnością, która wydawała mu się rozkoszna, i Jack musiał zdobyć się na wysiłek, by zapanować nad głosem. Ona wie, ona wie. Podczas kiedy jego drugie wcielenie nalewało jej bezbarwnego napoju, Jack stwierdził, że grozi mu nie zamierzona podróż. Zbadał własnu pole widzenia i stwierdził, że jest czyste — żadnych świetlistych punktów, spadającej wolno czarnej gwiazdy, żadnych zygzaków.



22 из 141