
Pan Childan strawił cały dzień szukając czegoś dla pana Tagomi i teraz patrzył na mijane domy pełen gniewu i niepokoju. A jednak — zwycięstwo. Profesjonalne umiejętności niezależne od nastrojów: znalazł odpowiednią rzecz, pan Tagomi będzie udobruchany, a jego podopieczny, kimkolwiek jest, będzie zachwycony. Nigdy nie sprawiam zawodu, myślał Childan. Swoim klientom.
Udało mu się cudem zdobyć prawie nowy pierwszy numer pierwszego rocznika komiksu z Tipem i Topem. Była to jedna z pierwszych książeczek tego typu, cenne americanum z lat trzydziestych, prawdziwy biały kruk poszukiwany przez zbieracza. Oczywiście miał też inne przedmioty, które pokaże najpierw. Będzie stopniowo dochodzić do komiksu, który leżał bezpiecznie na dnie największej walizy w skórzanym etui zawiniętym w miękki papier.
Z radia jego rikszy rozbrzmiewały popularne melodie, współzawodnicząc z radiami innych rikszarzy, samochodów i autobusów. Childan nie słyszał; przywykł do tego. Nie zwracał też uwagi na olbrzymie neonowe reklamy pokrywające frontony prawie wszystkich większych budynków. Ostatecznie sam też miał swój neon, który wieczorem gasł i zapalał się wraz ze wszystkimi innymi w mieście. Czy ktoś reklamuje się inaczej? Trzeba być realistą.
Prawdę mówiąc hałas radioodbiorników, szum samochodów, ludzie i reklamy uspokajały go. Zagłuszały jego wewnętrzne niepokoje. I sprawiało mu przyjemność być wiezionym przez człowieka, czuć wysiłek mięśni chińczaka przetransponowany na równomierne drgania rikszy. Jak aparat do masażu, pomyślał Childan. Nie obsługiwać, a być obsługiwanym. I, choćby przez chwilę, zajmować wyższą pozycję.
Ocknął się z poczuciem winy. Zbyt wiele rzeczy do obmyślenia; nie czas na południową drzemkę.
