Nauczyła się tego, pomyślała, od Japończyków. Przejęła ich spokojny stosunek do śmierci wraz z dającą jej teraz zarobek sztuką dżudo. Jak zabijać i jak umierać. In i jang. Ale to już przeszłość; tu jest kraj protestancki.

Dobrze było widzieć nazistowskie rakiety przelatujące bez zatrzymania nad głową, nie wykazujące najmniejszego zainteresowania Canon City w Colorado. Ani Utah, ani Wyoming, ani wschodnią częścią Nevady, żadnym z otwartych, pustynnych i pasterskich stanów. Nie mamy żadnej wartości, powiedziała sama do siebie. Możemy żyć swoim małym życiem. Jeżeli chcemy. Jeżeli ma to dla nas jakieś znaczenie.

W jednej z kabin trzask otwieranych drzwi. Jakaś postać, to duża panna Davis skończyła się myć, ubrana, torebka pod pachą.

— Och, pani czekała? Bardzo przepraszam.

— Nic nie szkodzi — powiedziała Juliana.

— Wie pani, dżudo dało mi bardzo dużo. Więcej niż zen. Chciałam to pani powiedzieć.

— Zen wyszczupli ci biodra — powiedziała Juliana. — Pozbądź się zbytecznych kilogramów przez bezbolesne satori. Przepraszam, panno Davis. Tak sobie plotę.

— Czy oni sprawili pani dużo bólu? — spytała panna Davis.

— Kto?

— Japończycy. Zanim nauczyła się pani bronić.

— To było straszne — powiedziała Juliana. — Nigdy pani nie była na Wybrzeżu? Tam, gdzie są oni.

— Nigdy nie wyjeżdżałam z Colorado — odparła panna Davis głosem drżącym z nieśmiałości.

— Może się to zdarzyć i tutaj — powiedziała Juliana. — Mogą się zdecydować na okupację również i tego regionu.

— Tak późno?



27 из 245