
— Pani kolczyki — wyjąkał — nabyte może tutaj?
— Nie — odpowiedziała. — W kraju.
Childan skinął głową. Oczywiście nic z nowoczesnego rzemiosła amerykańskiego. Jedynie przeszłość mogła być reprezentowana w takim sklepie.
— Państwo tutaj na długo? — spytał. — W naszym San Francisco.
— Przybyłem na czas nieograniczony — odparł mężczyzna. — Pracuję w Komisji Badania Stopy Życiowej Rejonów Upośledzonych. — Jego twarz wyrażała dumę. Nie jest wojskowym, jednym z tych żujących gumę prostaków o chciwych chłopskich twarzach, którzy zapełniają lokale i kina pornograficzne, strzelnice i tanie nocne kluby udekorowane zdjęciami szczerzących zęby, podtrzymujących piersi podstarzałych blondynek, którzy tłoczą się na ulicach zakazanej, kipiącej ruchem dzielnicy slamsów, zajmującej większość równinnej części miasta… wśród rachitycznych bud, z blachy i desek, wyrosłych na ruinach, zanim jeszcze przestały spadać bomby. Nie, ten człowiek należał do elity. Kulturalny, wykształcony bardziej jeszcze niż pan Tagomi, który zajmował przecież wysokie stanowisko w poważnej instytucji, jaką była Pacyficzna Misja Handlowa. Tagomi był starym człowiekiem. Jego poglądy ukształtowały się w latach Gabinetu Wojennego.
— Czy szukają państwo wyrobów tradycyjnego miejscowego rękodzieła na prezent dla kogoś? — spytał Childan. — Czy też może do dekoracji swego nowego mieszkania tutaj? — Jeżeli to drugie… Serce kupca zabiło żywiej.
