
— Trafne przypuszczenie — odpowiedziała kobieta. — Urządzamy mieszkanie. Trochę jeszcze niezdecydowani. Czy może mógłby pan nam służyć radą?
— Tak, chętnie udam się do państwa mieszkania. Przywożąc kilka walizek mógłbym zaproponować coś na miejscu, we wnętrzach. To nasza specjalność. — Spuścił oczy, żeby ukryć nadzieję. W grę mogą wchodzić tysiące dolarów. — Oczekuję stołu z Nowej Anglii, klonowy, zrobiony bez jednego gwoździa. Także lustra z czasów napoleońskich. Mam również wyroby krajowców: kilimy z koziej wełny, farbowane barwnikami roślinnymi.
— Co do mnie — powiedział mężczyzna — to wolę sztukę miejską.
— Oczywiście — zgodził się skwapliwie Childan. — Proszę posłuchać. Mam czteroczęściowe malowidło na dykcie z urzędu pocztowego, przedstawiające Horace’a Greeleya. Oryginał z czasów pierwszej prezydentury Roosevelta. Bezcenny rarytas.
— Ach! — jęknął Japończyk, a jego ciemne oczy rozbłysły.
— I radiolę z roku 1920, przerobioną na barek.
— Ach!
— I, proszę posłuchać, oprawione zdjęcie Jean Harlow z autografem.
Japończykowi mało nie wyskoczyły oczy.
— Czy zechcą państwo ustalić datę spotkania? — spytał Childan, wykorzystując najodpowiedniejszy moment psychologiczny. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął notes i pióro. — Zapiszę sobie państwa adres.
Potem, kiedy para wyszła ze sklepu, Childan stanął, założywszy z tyłu ręce i wyjrzał na ulicę. Radość. Gdybyż wszystkie dni były takie jak ten… Był to nie tylko dobry interes, sukces dla firmy, lecz, co więcej, okazja do spotkania się na gruncie towarzyskim z młodym japońskim małżeństwem, które dostrzegło w nim człowieka, nie zaś jankesa lub w najlepszym razie sprzedawcę dzieł sztuki. Tak, to wchodzące w życie pokolenie młodych ludzi, którzy nie pamiętają lat przedwojennych ani nawet wojny, jest nadzieją świata. Różnice pozycji nie mają dla nich znaczenia.
