
– Do Bittersweet? – Machinalnie odgarnęła kruczoczarny kosmyk z policzka. – To mało prawdopodobne.
– Rozstałem się z firmą.
– Coś podobnego! Wydawało mi się, że jesteś współwłaścicielem.
– Byłem. Odsprzedałem swoje udziały.
– Tak? A dlaczego?
– Ojciec zaoferował mi pracę.
Tiffany roześmiała się z niedowierzaniem.
– Daj spokój. Tylko mi nie wmawiaj, że otrzymałeś propozycję nie do odrzucenia, Jay. Ale numer! J.D. w firmie Bracia Santini. Nie sądziłam, że dożyję czegoś podobnego.
– Ani ja – przyznał J.D. i dodał: – Ojciec wysłał mnie w interesach w te strony, pomyślałem więc, że wpadnę zobaczyć, jak wam się żyje.
– Od kiedy tak ci na nas zależy? – Tiffany zawsze stawiała sprawy jasno i była szczera aż do granic dobrego wychowania. Postanowił grać wedle jej reguł.
– Od zawsze – rzekł.
Złotobrązowe oczy Tiffany na moment pociemniały. Pochyliła głowę, zakłopotana.
– Czy powiesz mi teraz, co słychać u ciebie i dzieci?
– Już ci mówiłam. Radzimy sobie.
– Żadnych kłopotów?
– Żadnych takich, z którymi nie umiałabym sama sobie poradzić – odparła Tiffany, marząc tylko o jednym – żeby J.D. natychmiast zapadł się pod ziemię. Wyjrzała przez okno, żeby sprawdzić, co robi Christina. – Możesz przekazać swojemu tatusiowi, że u nas wszystko w porządku – dodała szybko, ale zaraz gestem unieważniła te słowa. – Nie, powiedz mu, że jest wprost fantastycznie i tylko ptasiego mleka nam brakuje.
Tiffany nigdy nie żyła w zgodzie z seniorem rodu, Carlem Santinim ani z jego żoną, a swoją teściową. Jako druga żona Philipa, w dodatku znacznie od niego młodsza, była przez Santinich uważana za smarkulę, która ma przewrócone w głowie, a zarazem oszustkę, której zależy tylko na tym, żeby się dobrać do rodzinnego majątku. Zważywszy, gdzie w końcu wylądowała, z perspektywy czasu wszystko to wydawało się makabryczną, okrutną igraszką losu.
