Nie miała zaufania także do J.D., nie wierzyła w szczerość jego intencji. Czy kiedykolwiek choć przez moment rzeczywiście mu na niej zależało? Tiffany była zła na siebie, że na jego widok mocniej zabiło jej serce. Przecież przyjechał do niej na przeszpiegi! Cóż z tego…Wciąż był męski, przystojny i pociągający. Zawsze jej się podobał, choć starała się tego nie okazywać.

– A może porozmawiamy o przestępczości nieletnich?

– To moja prywatna sprawa – burknęła, ściskając dłonie w pięści.

Uśmiechnął się. Był to uśmiech zarazem cyniczny i seksowny. Mógł robić wrażenie na innych kobietach, ale nie na Tiffany, jak sobie uparcie wmawiała. W końcu zna Jamesa Deana Santiniego zbyt wiele lat, żeby się dać nabrać. Parę razy w życiu zbyt mało miała się przed nim na baczności i za każdym razem popadała w tarapaty. To nie powinno się nigdy więcej powtórzyć.

– Zapomniałaś, że wciąż należysz do rodziny?

– Od kiedy?! – Gdyby wzrok mógł zabijać, J.D. już by nie żył. Tiffany zaczęła mu oskarżycielsko wygrażać palcem przed nosem. – Wasza rodzina nigdy mnie nie zaakceptowała. Przez czternaście lat małżeństwa z Philipem ani twój ojciec, ani matka nie uznali mnie za swoją.

Tiffany chciała dodać „ani ty”, ale ugryzła się w język. Za dużo nagromadziło się wzajemnych pretensji. Marzyła o tym, by mieć to, czego życie jej odmówiło – prawdziwą, dużą, kochającą rodzinę, z tatą, mamą i licznym rodzeństwem. Poczuła ukłucie żalu w sercu. To marzenie nigdy się nie ziściło. W tym tygodniu jej ojciec – to znaczy biologiczny ojciec, człowiek, po którym odziedziczyła jedynie kod genetyczny – przysłał jej zaproszenia na ślub ze swą wieloletnią kochanką. Tiffany odwróciła głowę do okna i zaczęła obserwować, jak Christina baraszkuje z kotem. Widok córeczki zawsze poprawiał jej nastrój.

– W co się wpakował Stephen? – naciskał J.D. Tiffany zdążyła już zapomnieć, jakim upartym, irytująco dociekliwym człowiekiem potrafi być szwagier.



12 из 188