
– Kto to jest Ellie? – J.D. zwrócił się do bratanka.
– Pani Ellingsworth. – Stephen niezręcznie przestępował z nogi na nogę. – Mieszka tu u nas na dole. Kiedy mama wychodzi do pracy, Ellie opiekuje się Chrissie.
– A co z tobą?
– Ja nie potrzebuję żadnej opieki – odparł chłopak, gwałtownie prostując plecy.
J.D. zdał sobie sprawę, że tą drogą daleko nie zajdzie. Postawił bagaże na podłodze.
– Czy możesz mi powiedzieć, kiedy mama wróci?
– Nie wiem. Myślę, że zaraz – burknął Stephen, ale chyba zawstydził się własnego niegrzecznego tonu, bo dodał po chwili: – Możesz tu poczekać… W saloniku albo w…
W tym momencie Christina wyszła z kuchni i podreptała do jednego z dwóch wąskich trójkątnych okienek umieszczonych po obu stronach drzwi.
– Mamuniuuu! – zwołała uszczęśliwiona. Nacisnęła klamkę i wybiegła na ganek.
J.D. odwrócił się i zobaczył Tiffany, która wyskoczyła z samochodu zaparkowanego na zacienionym podjeździe. Wysoka i szczupła kobieta z sięgającymi ramion czarnymi włosami, które okalały jej regularną twarz, była prawdziwą pięknością. Bez wątpienia należała do tych, na których męskie spojrzenia zatrzymują się na dłużej. „Ma wabik” zwykła mówić jego matka.
Tiffany upchnęła w wielkiej torbie plik papierów, po czym podniosła wzrok. Gdy zobaczyła biegnącą po ścieżce córeczkę, obdarzyła ją czułym uśmiechem, który jednak natychmiast zamarł na widok J.D. Jej oczy były takie, jak zapamiętał: złotobrązowe. I niepokoiły go tak samo jak niegdyś. Tiffany spojrzała na niego wrogo i uniosła brodę. Na jej policzkach wykwitł nagle rumieniec.
– Cześć, skarbie – powitała Christinę, unosząc ją w ramionach.
– Patrz, mamo. Mamy gościa.
– Widzę. – Tiffany wyprostowała się jak struna. Miała na sobie białą bluzkę bez rękawów, wciąż świeżą i wyprasowaną, która pięknie kontrastowała z jej opaloną skórą. Ruszyła w kierunku drzwi. W rozcięciach spódnicy koloru khaki migały jej długie, umięśnione nogi.
