Gregor przyniósł tymczasem kilka kanapek i kawę. Przyszedł już nieco do siebie i obserwował szary proszek, który maszyna z siebie wypluwała. Jej turkot stawał się głośniejszy, a struga proszku coraz gęstsza. W godzinę po obiedzie Arnold wstał od biurka.

— No, nareszcie skończyłem — rzekł poważnie.

— A więc co to jest? — Gregor zastanawiał się, czy aby Arnold nie dokonał jakiegoś wielkiego odkrycia.

— To jest tangress — rzekł Arnold i spojrzał zaniepokojony na Gregora.

— Tangress?

— Tak jest.

— Może zechciałbyś mi wyjaśnić, co to takiego tangress? — zdenerwował się Gregor.

— Sądziłem, że wiesz. To jest, jak by ci to wyjaśnić, podstawowa potrawa, podstawowy produkt żywnościowy mieszkańców planety Meldge. O ile mnie pamięć nie myli, dorosły Meldgejczyk spożywa kilka ton tangressu rocznie.

— Aha. To jest więc pokarm?

Gregor spojrzał na górę proszku z odcieniem respektu. Maszyna, która wytwarzała produkt żywnościowy dwadzieścia cztery godziny na dwadzieścia cztery — mogła rzeczywiście przynieść zysk. Zwłaszcza że nie trzeba jej było niczym zasilać i nie zużywała żadnej energii.

Arnold otworzył książkę telefoniczną. — Zaraz to sprawdzimy.

Nakręcił jakiś numer.

— Halo? Czy to Instytut Żywienia Międzyplanetarnego? Poproszę do telefonu dyrektora. Nie ma go? To może jego zastępcę? To bardzo ważne… Halo? Ach, to ty, Channels? Dzień dobry. Mam dla ciebie interesującą propozycję. Mogę ci dostarczyć nieograniczone ilości tangressu, podstawowego pokarmu Meldgejczyków. Tak, tak. Domyślam się, że to cię może zainteresować. Dobrze, czekam. Nie, nie. Nie wyłączam.

Odwrócił się do Gregora.

— Przypuszczam, że będzie mógł to zakupić… Tak, tak. Słucham. Możesz zakupić tangress? Znakomicie. Świetnie…

Gregor zbliżył się do aparatu, chcąc usłyszeć słowa wypowiedziane na drugim końcu drutu. Arnold odepchnął go lekko łokciem.



4 из 12