
— Tangress? — rzekł O’Toole. — Nie jest to nadzwyczajny materiał budowlany. Nie trzyma żadnej farby, rozumie pan?
— Nie miałem o tym zielonego pojęcia — usprawiedliwiał się Gregor.
— Tak to jest. Poradzę, co pan ma zrobić. Podobno istnieje gdzieś jakaś rasa bałwanów, które odżywiają się tym świństwem. Może by tam spróbować…?
— Wolałbym to sprzedać jako materiał budowlany.
— Jak pan chce. Ostatecznie moglibyśmy to kupić. Buduje się jeszcze tu i ówdzie tanie domy mieszkalne. Mogę zapłacić piętnaście za tonę.
— Dolarów?
— Nie, centów.
— To muszę się jeszcze zastanowić — rzekł Gregor. Kiedy Arnold usłyszał tę propozycję, pomyślał chwilę i skinął głową.
— Zgoda — rzekł. — Powiedzmy, że maszyna wyrobi tego dziesięć ton dziennie. Wypadnie to około pięciuset dolarów rocznie. To nie jest majątek, ale zawsze pozwoli nam to płacić komorne.
— Ale tego nie można tu w tym stanie zostawić! zawołał Gregor wskazując na maszynę, wypuszczającą z siebie regularnie szary proszek.
— Oczywiście, że nie. Trzeba będzie wyszukać jakiś kąt, gdzieś poza miastem, gdzie to ulokujemy. Kiedy zechcą, będą mogli tam przyjechać i załadować, ile im potrzeba.
Gregor połączył się ponownie z O’Toole’em i powiedział mu, że gotów jest zrobić z nim interes.
— Dobrze — rzekł O’Toole — znacie nasz adres. Będziecie mogli to dostarczyć, kiedy zechcecie.
— To my mamy wam dostarczyć? Myślałem, że sami będziecie odbierać…
— Po piętnaście centów za tonę? To my wam wyświadczamy przysługę, że wreszcie będziecie się mogli tego pozbyć.
— Niedobrze — rzekł ponuro Arnold, gdy Gregor odłożył słuchawkę. — Koszty transportu…
— …przekroczyłyby oczywiście piętnaście centów za tonę — dokończył Gregor. — Najwyższy czas, byś maszynę zatrzymał, dopóki czegoś nie wynajdziemy.
Arnold utorował sobie drogę do maszyny. — Zaraz to zrobię.
