
Obejrzał dokładnie maszynę ze wszystkich stron.
— Zatrzymajże to! — zawołał Gregor.
— Chwileczkę.
— Zatrzymasz, czy nie?
Arnold pochylił się nad maszyną, następnie wyprostował się i rzekł z wymuszonym uśmiechem.
— To nie jest takie proste…
— A to dlaczego?
— Bo bez klucza liguryjskiego maszyny zatrzymać nie można, a my takiego klucza nie mamy.
Następne kilka godzin spędzili obaj przy telefonie. Dzwonili na wszystkie strony w poszukiwaniu klucza.
Informowali się w muzeach, w laboratoriach naukowych, w instytucie archeologii i wielu innych instytucjach, które mogły im udzielić pomocy. Bezskutecznie. Nikt nigdy na tezy nie widział klucza liguryjskiego i nikt nigdy o nim nie słyszał.
A maszyna ciągle wysypywała z siebie proszek, którego nie moim się było pozbyć. Tangress zasypał już obydwa krzesła, kaloryfer i osiągnął wysokość biurka.
— Co to za wspaniałe źródło dochodu — mruknął Gregor.
— Znajdziemy w końcu jakiś sposób.
— Na pewno?
Arnold zabrał się do studiowania swoich książek i resztę nocy spędził przy biurku. Gregor musiał część proszku przesypać na korytarz, aby całe umeblowanie nie utonęło w tangressie.
Nastał ranek i promień słońca próbował przedrzeć się przez szybę pokrytą chmurą szarego kurzu. Arnold wstał od biurka i ziewnął.
— I co nowego? — zapytał Gregor.
— Właściwie nic.
Gregor znowu utorował sobie drogę do drzwi, aby zejść po kawę. Gdy wrócił, zastał w pokoju dozorcę budynku i dwóch potężnych policjantów, którzy wykrzykiwali coś pod adresem nieszczęsnego Arnolda.
— Natychmiast zabierze mi pan to świństwo z korytarza! — krzyczał dozorca
— Oczywiście! I jeszcze zapłaci pan karę za zainstalowanie fabryki w dzielnicy urzędowej. Bez zezwolenia! — dodał owo jeden z policjantów.
— To nie jest fabryka — próbował sprawę wyjaśnić Gregor. — To jest taka maszyna, która produkuje…
