
— A ja panu mówię, że to jest fabryka — powtórzył policjant. — I pan to natychmiast zatrzyma.
— Niestety, są pewne trudności — powiedział Arnold. — Można by powiedzieć, że nie potrafimy tego zatrzymać…
— Nie potrafi pan tego zatrzymać? — policjant spojrzał na Arnolda podejrzliwie. — Pan się ze mnie śmieje, co? A ja panu mówię, żeby pan to zatrzymał!
— Przysięgam panu, że…
— Słuchaj, chłopie — policjant przeszedł na „ty”. Wracam za godzinę. W ciągu tego czasu zatrzymasz mi tę maszynę i usuniesz całe to świństwo. Jeśli nie, to inaczej pogadamy.
Cała trójka z dostojeństwem opuściła pokój. Gregor i Arnold spojrzeli na siebie, a następnie na maszynę. Wyrzucała z siebie regularnie szary proszek, który dochodził już do połowy wysokości pokoju.
— Do jasnej cholery! — krzyknął Arnold u progu histerii. — Musi się znaleźć jakiś sposób, aby to upłynnić. Przecież to wszystko bezpłatnie. Przypominam ci, bezpłatnie, bezpłatnie!
— Spokojnie, mój drogi rzekł Gregor drapiąc się w głowę pokrytą szarym proszkiem.
— Czy naprawdę tego nie rozumiesz? Jeśli możesz coś wyprodukować bezpłatnie i to w każdych ilościach, to do czegoś musi to służyć!
Drzwi się nagle otworzyły i do pokoju wszedł wysoki chudy mężczyzna, elegancko ubrany, trzymając w rękach dziwny przedmiot.
— A więc to tu — rzekł.
Gregor powstrzymał oddech w radosnej nadziei.
— To jest klucz liguryjski? — zapytał.
— Co?! To nie żaden klucz — rzekł przybysz. — To jest drenometr.
— Ach, tak…
— Właśnie, i jak widzę, zaprowadził mnie do źródła zaburzeń — rzekł przybysz. — Przepraszam, jeszcze się nie przedstawiłem. Moje nazwisko Canters.
Zamaszystym gestem zmiótł z biurka proszek, spojrzał jeszcze raz na swój drenometr i zabrał się do wypełniania wdrukowanych formularzy.
