
Czy to wołanie?
Nie był pewien. Mógł to być drżący pisk sowy czy lisa albo śpiewny huk pękającego lodu, zwiastujący nadejście wiosny.
Ale mogło to także być co innego. Coś nieznanego.
Piekielne psy? Albo duch, który przedarł się do ludzi z innego świata?
Poczuł, jak ze strachu włosy stają mu na głowie.
Karl z Knapahult na bosaka poczłapał ku kuchennym drzwiom i otworzył je, starając się uczynić to jak najdelikatniej. Zaskrzypiały, rzecz jasna, ale gdy przesuwał je powoli, dźwięk nie był ciągły i ogłuszający.
Rzucił okiem na ławę w kuchni, na której leżała córka Gunilla. Spała twardo i głęboko po kolejnym dniu ciężkiej pracy. Tak, tak, pomyślał cierpko. Dzieciom dobrze robi wysiłek. Niech się wcześnie uczą zginać kark pod brzemieniem obowiązków!
Taka właśnie była życiowa filozofia Karla, z której on sam był ogromnie kontent. W dodatku zawsze umiał odwrócić kota ogonem, zinterpretować wszystko na swoją korzyść, zapewniając jednocześnie, że dzieje się tak ku zadowoleniu Pana. Mieściło się w tym także bezustanne łajanie córki. „Pracuj, dziewczyno, lenistwo to prosta droga do piekła!”
W ten sposób wiele w gospodarstwie zostało zrobione…
W sieni naciągnął buty, nadal wilgotne po dniu pracy na polu, które przygotowywał pod wiosenny siew owsa.
Wyszedł na zewnątrz.
Nieliczne już spłachetki śniegu lśniły jaśniejszym, niebieskawym blaskiem w antracytowej nocy. Niebo było bezchmurne, usiane gwiazdami, ale bez księżyca. W powietrzu, pomimo dojmującego chłodu, który sprawiał, że Karl drżał w swej grubej, szorstkiej bieliźnie, wyczuć się już dało wiosnę.
W oddali, bardziej dziko niż zwykle, szumiała rzeka.
Poza tym panowała cisza.
Czego innego można się było spodziewać, pomyślał cierpko. Kiedy się dobrze wsłuchać, nie dochodzi żaden odgłos.
Nie ruszył się jednak z miejsca, bo dźwięk, który wyrwał go ze snu, nie na żarty go wystraszył. Musiało brzmieć w nim coś niezwykłego.
