
Zjechała na pobocze drogi i stanęła. Miała nadzieję, że nie zrani niczyich uczuć. Nie planowała przecież tego noclegu przy drodze. Logicznie rzecz biorąc, nie grozi jej tu żadne niebezpieczeństwo. Ciążyła jej tylko samotność. O tym właśnie nie wolno mi myśleć, powiedziała sobie. Przecież to był mój wybór!
Zabrała się szybko do roboty. Rozbiła namiot i zagotowała wodę w menażce, z bagażnika wyciągnęła rzeczy potrzebne do przygotowania posiłku. Poprawi mi się humor, kiedy coś zjem, pomyślała.
Niespodziewanie dobiegł ją z oddali odgłos samolotu. Podniosła głowę. Samolot kołował nad jej głową, coraz niżej i niżej. Silnik warczał coraz głośniej, aż w końcu owiał ją pęd powietrza, a hałas stał się tak dotkliwy, że musiała zatkać uszy.
Wydawać by się mogło, że załoga samolotu pragnie zobaczyć intruza zakłócającego ciszę i spokój pustynnej drogi. Poczuła się nieswojo. Patrzył na nią ktoś, kogo nie widziała. Na kadłubie samolotu zauważyła wymalowaną parę skrzydeł, insygnia australijskiego pogotowia lotniczego.
Gdy samolot poderwał się do góry, odetchnęła z ulgą. Radość była jednak przedwczesna. Po kilkuset metrach samolot zawrócił. Leciał teraz nisko wzdłuż miejsca jej postoju, jakby pragnął zbadać dokładnie jej obozowisko. Okazało się jednak, że szuka dogodnego miejsca do lądowania.
Cari westchnęła ciężko, ale już po chwili roześmiała się pod nosem. Sama nie wiem, czego chcę, pomyślała. Pól godziny temu marzyłam o towarzystwie, a teraz, gdy ludzie spadają mi z nieba, przeklinam ich obecność! Zaraz jednak pomyślała o swoim wyglądzie i dobry humor ulotnił się bez śladu.
Jasne włosy, z których była tak dumna, zwykle lśniące i puszyste, przybrały matowy kolor i związane były z tyłu postrzępioną wstążką. Miała w dodatku na sobie wyświechtaną koszulę i spłowiałe, podarte dżinsy. Podniosła rękę do twarzy, by odgarnąć włosy i w tej samej chwili zdała sobie sprawę, że zapomniała wytrzeć ręce, które zabrudziła, wyciągając z bagażnika patelnię. Na twarzy z pewnością pozostała czarna smuga!
