Ostatnie słowa były wyraźnie skierowane do Cari.

– Masz rację, Liz – powiedział Blair i jeszcze raz spojrzał na dziewczynę, która klęczała teraz tyłem do niego. – Najlepiej by pani zrobiła, korzystając z naszej propozycji – rzekł stanowczo. – Jest pani zmęczona i nie powinna pani jechać o tej porze.

– Dziękuję za radę – mruknęła przez zaciśnięte zęby. -Niepotrzebna mi pana pomoc.

Wzruszył ramionami. Cóż jeszcze mógł zrobić?

– Iścimy – powiedział do pilota.

Podniosła się dopiero wtedy, gdy głos silników ucichł zupełnie. Zakryła twarz rękami i wybuchnęła płaczem. Czuła się upokorzona, zła i bardzo zmęczona. Zanim się spakowała, zapadła noc. Z trudem przełknęła parę ciasteczek, a potem przygotowała sobie kilka kubków mocnej kawy. Wiedziała, że przez następne parę godzin musi być zupełnie przytomna i wypoczęta.

Dopiero potem usiadła za kierownicą…

Powoli uspokajała się. Było jej nawet trochę głupio, że się tak zachowała. Doktor Kinnane miał przecież rację, pomyślała. A w dodatku lądował po ciemku, żeby tylko sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy…

Nie czuła się już tak samotna jak przedtem. Przypomniały jej się oczy Blaira Kinnane'a… Ten człowiek naprawdę troszczy się o innych. Dawno nie spotkała podobnego lekarza.

Droga była nieco lepsza, nie miała jednak żadnej szansy, by dotrzeć dziś do Slatey Creek. Marzyła tylko, aby wyjechać z terenów należących do aborygenów. Ile by teraz dała za to, żeby móc posłuchać lokalnego radia! Na tym odludziu trzeba jednak było zrezygnować z podobnych przyjemności. Poszukała więc tylko kasety.

Odetchnęła z ulgą, bo kangurów nie było na razie widać. Może te wszystkie ostrzeżenia były przesadzone? Widziała przed sobą jedynie ciągnącą się w nieskończoność pustynię. Włożyła kasetę, nacisnęła przycisk i samochód napełni się melodiami z jazzowego koncertu, na którym była przed laty. Dodała gazu.



6 из 120