– Dlatego, że narusza pani ich spokój. – Mówił cierpliwie jak do małego dziecka. – Zagraża pani ich egzystencji. Ci ludzie postanowili sobie żyć tak, jak żyli ich przodkowie przed tysiącami lat. Natura dostarcza im pożywienia. Wystarczy, że przez ich teren zbudowano drogę. Gdyby jeszcze powstały tu kempingi, zwierzyna i roślinność bardzo szybko zniknęłyby z tego obszaru. Muszą istnieć tereny, na których mieszkać będą jedynie Kinjarrowie, gdyż w przeciwnym wypadku nie będą mieli szansy, by zachować swój tradycyjny sposób życia.

Utkwiła wzrok w jego twarzy. Ten człowiek chce ją wyprawić w dalszą podróż tą koszmarną drogą, a ona jest zmęczona i głodna. Z przerażeniem poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Odwróciła się gwałtownie i zaczęła szybko wrzucać do bagażnika przybory kuchenne.

– Jeżeli obawia się pani dalszej drogi – rzekł łagodniejszym tonem, gdyż zauważył jej łzy – proszę zostawić tu samochód i polecieć z nami do Slatey Creek.

Zawahała się. Odbyć resztę drogi w towarzystwie… Nie męczyć się dłużej…

– A samochód? – zapytała.

– Jutro ktoś tu z panią przyjedzie – odparł. – Trochę to będzie kosztowało – dodał jakby sarkastycznie.

Pewnie już mnie zaszufladkował, pomyślała. Uważa mnie za amerykańską milionerkę.

– Dziękuję panu. Jakoś sobie poradzę.

Przyklękła, by wyjąć paliki, które z trudem umocowała w miękkiej, piaszczystej ziemi.

Stał nad nią, nie mogąc oderwać wzroku od delikatnej, szczupłej kobiety, która musiała być twarda i niezależna, skoro znalazła się sama na tym odludziu, a teraz pokazywała jeszcze, że ma swój honor i nikogo o nic nie będzie prosić…

– Czy na pewno sobie pani poradzi? – zapytał. Nie podniosła nawet głowy.

– Z pewnością – odrzekła z konia. – Nie musi pan tu nade mną stać i mnie pilnować. Daję słowo, że zaraz odjadę.

– Chyba już polecimy? – rozległ się głos pielęgniarki, która właśnie się do nich zbliżyła. Była to ładna dziewczyna, mniej więcej w wieku Cari. – Mamy przecież pacjenta w samolocie – dodała – czas więc kończyć te pogaduszki.



5 из 120