
Odzyskiwała ją kilkakrotnie, a tymczasem minęła noc i zaczęło świtać. A potem wzeszło słońce i w samochodzie zapanował nieznośny upał. Zaczęło ją dręczyć pragnienie. Gdy odzyskiwała przytomność, na próżno próbowała dosięgnąć butelki z wodą. Każdy ruch powodował przenikliwy ból. Czuła się zupełnie bezradna i opuszczona.
Dlaczego na jednego człowieka spadają wszystkie nieszczęścia naraz? – myślała z goryczą. Zaczęto się od procesu, który zakończył jej karierę lekarza. Potem odszedł Harvey, a teraz ten wypadek.
– Czy nie jest tego trochę za dużo? – szepnęła z rozpaczą.
– Lepiej by chyba było, żebym się zabiła. Umrę pewnie i tak, w tym upale i bez wody…
Wkrótce stało się to wszystko nie do zniesienia. Mijały godziny, słońce paliło niemiłosiernie, pragnienie wysuszyło jej usta, a ból wzmagał się z każdą chwilą. Coraz częściej traciła przytomność, a gdy ją odzyskiwała, dręczył ją paniczny lęk.
Aż w końcu jak przez mgłę zobaczyła sylwetkę Błąka Kinnane'a, a za nim samolot z insygniami pogotowia lotniczego i ten obraz, choć daleki i niewyraźny, nie zniknął już sprzed jej oczu.
– Na pewno tu za chwilę przyleci – szepnęła do siebie i świadomość ta napełniła otuchą jej serce. – Zaraz przyleci – powtarzała raz po raz.
I rzeczywiście. Z oddali dało się słyszeć cichy szum, a potem już zupełnie wyraźny warkot samolotu, potężniejący z każdą chwilą. Gdy samolot wylądował, zrobiło się na chwilę cicho, a zaraz potem usłyszała odgłos kroków i podniesione głosy. Ktoś otworzył drzwiczki samochodu i Cari zobaczyła nad sobą szare oczy Blaira Kinnane'a.
– Wiedziałam, że pan przyleci – szepnęła.
Niewiele pamiętała z tego, co działo się potem. Po zastrzykach znieczulających, które od razu dostała, była zupełnie oszołomiona. Wiedziała tylko, że wyciągnięcie jej z wraku samochodu zajęło sporo czasu. Pamiętała też, jak Blair szeptał jej słowa otuchy, zwilżając wyschnięte wargi.
