
Dla Ewy liczył się certyfikat. Nie jako potwierdzenie prestiżu i solidnej marki firmy, ale jako potwierdzenie zdolności Ewy do pokonywania trudności i osiągania celów. Wdrożenie systemu jakości w firmie, gdzie każdy, od dyrektora po sprzątaczkę, ma to gdzieś, dla niej stanowiło swoiste wyzwanie. Było zmierzeniem się ze swymi zdolnościami, umiejętnościami i słabościami. Ewa czuła przykrość, że jej praca nie służy tak naprawdę niczemu, działanie systemu miało grać tylko na papierze i należało się z tym pogodzić. Zarząd Pro-Wapu nie dorósł do odpowiedzialności za podjęte decyzje, choćby nie wiadomo jak były słuszne w swym założeniu.
Jednak dopóki jej za to płacono, Ewa chętnie sprawowała swe obowiązki, zarówno związane z wdrażaniem systemu jakości, jak i te inne, powszednie, związane z kierowaniem pracą biura, przygotowywaniem umów z klientami, spotkaniami biznesowymi, nadzorowaniem kosztów, przygotowywaniem zaplecza dla sprawnej realizacji usług, słowem, tym wszystkim, czym zajmuje się kierownik biura.
Śniadanie wielkanocne upłynęło w miłej rodzinnej atmosferze i skończyło się późnym popołudniem. Tomek, ku zaskoczeniu żony, bez żadnej jej prośby, sprzątnął stół i pozmywał naczynia, a przecież gościli na śniadaniu ze dwadzieścia osób.
– Jesteś najwspanialszą żoną na świecie – wyszeptał wieczorem, gdy siedli przed telewizorem. – Nigdzie nie ma takiej drugiej, jak ty. Kocham cię.
Była szczęśliwa. Nadeszła wiosna, a ona rozpoczęła kolejną dekadę swego życia, mądrzejsza o trzydzieści lat. Pamięta przecież inną wiosnę, gdy uciekła od pierwszego męża, potem inną, gdy ogłaszano ich rozwód. Ale przecież nie można mówić o pechu. Przecież i Tomka poznała wiosną. Dziewięć lat temu. Miała kochającego męża u boku, udane córeczki, które teraz już smacznie spały, fajną, choć może nieco niewdzięczną i nie tak płatną, jakby sobie tego życzyła, pracę, za rok miała ukończyć studia, na których była przodującą studentką.
