
– Mógłbyś wybrać inny dzień na puste gadki z kumplami w barze na stacji paliw, niż drugi dzień Świąt.
– Przynajmniej z nimi mam o czym rozmawiać – usłyszała w odpowiedzi. – Ty potrafisz tylko płakać.
Jakby na potwierdzenie tego, dwie grube łzy spłynęły jej z oczu. Przeklęła w duchu te łzy, nie chciała okazywać słabości.
Płakała jeszcze długo po jego wyjściu, a gdy wreszcie doszła do siebie, wyjęła materiały ze studiów. Za kilka dni czekały ją trzy kolokwia, chciała się solidnie przygotować, a urlop kończył się tak szybko. Zasnęła po północy. Tomka jeszcze nie było.
Wtorek, zwany potocznie trzecim dniem Świąt Wielkanocnych, był jej ostatnim wolnym dniem. Trzynasty kwietnia. Dobrze, że chociaż nie piątek. Zbudziła się wcześnie, Tomek pochrapywał obok. Wyszła do kuchni by zaparzyć kawę. Jej wzrok zatrzymał się na leżącej na stole nokii. Ewa zerknęła na drzwi do sypialni. Dochodziło stamtąd równomierne pochrapywanie.
No, kochany – ucieszyła się – zaraz i ja pośmieję się z twoich sms-ów. Włączyła skrzynkę odbiorczą. Była pusta. Dziwne – pomyślała – przecież zawsze sama wyrzucałam zbędne sms-y z telefonu Tomka, jeszcze go obstawiałam, że niepotrzebnie zajmują pamięć.
Ewa siadła przy kuchennym stole. Popijając gorący płyn zaczęła z nudów przerzucać ostatnio odebrane połączenia. Andrzej, Ryszard, Sąsiad, znała tych ludzi, byli kumplami jej męża. Ewa, to jej numer. Mama, na to słowo Ewa z rozrzewnieniem wspomniała wielkanocne śniadanie. Numery bez opisów, przypadkowe i jednorazowe. I Ps. Kim był Ps?
