
— Inni uważali — ciągnął O’Reilly — że nie powinniśmy się z wami sprzymierzać właśnie ze względu na ryzyko utraty informacji. Takie stanowisko reprezentowały głównie pewne frakcje Bane Sidhe, Tongowie i Franklini. Jeśli chodzi o cynizm i realpolitik, w porównaniu z Franklinami Darhelowie to pluszowe przytulanki. Z kolei jeszcze inne frakcje Bane Sidhe, Société i różne grupy w Kościele uważają, że to moralnie odnawiające podejście i że długoterminowe korzyści przeważają nad doraźnymi konsekwencjami.
— Jezu — zaśmiał się Left. — Ile wy macie u siebie tych grup?
— Jak widać, całkiem sporo. Jeśli tylko istnieje jakaś cywilizacja, zawsze znajdzie pan w niej Bane Sidhe.
— Dobrze, potrzebujecie zamachowców i kontrzamachowców. A co my będziemy z tego mieli?
— Och, będziemy was prosić jeszcze o wiele innych rzeczy — przyznał O’Reilly. — To, że facet ścigany listem gończym może wejść do siedziby Najwyższego Dowództwa, dowodzi, jak dobrze sobie radzicie.
W zamian za to O’Reilly proponował czyste przekaźniki, które Cybersi mogliby u siebie zbadać, dostęp przez kontakty Indowy do baz danych Floty oraz generatory profilów, usprawniające identyfikację kandydatów do rekrutacji, a także możliwość korzystania z sieci kryjówek Société we wszystkich ocalałych większych miastach, a nawet poza planetą.
— Ponadto broń, pieniądze, dokumenty. Co tylko chcecie, my możemy wszystko załatwić.
— A my musimy tylko zabijać nie znanych nam ludzi — powiedział Left, kręcąc głową. — Przedstawię waszą propozycję dowództwu. Ale nie podoba mi się to, że tak wiele waszych komórek jest znanych Indowy. Nie zgodzimy się na żaden kontakt z nimi; jeśli spotkam chociaż jednego Indowy, uznam, że mosty zostały spalone. Zrozumiano?
— Zrozumiano. — Wielebny pokiwał głową, a po chwili się uśmiechnął. — Mam jedno pytanie: czy w waszej organizacji wciąż macie kobiety?
