
– Nic ze mnie nie wyciągniecie. Reporter musi chronić swoich informatorów – przypomniał chłopcom pan Andrews.
– Wiemy, wiemy – westchnął Bob. – Bo tylko dzięki ich pomocy często jest w stanie poznać całą historię – powtórzył słyszane milion razy słowa.
– A jeśli reporter ujawni źródła informacji, natychmiast wyschną! – Pete zakończył znajomy refren.
– Rozumiemy, jak ważne jest dochowanie sekretu – zapewnił pana Andrewsa Jupe – i może pan na nas polegać. Nie piśniemy nikomu ani słowa.
– Pewnie! – Pan Andrews uśmiechnął się szeroko. – Nie można powiedzieć tego, czego się nie wie!
Trzej chłopcy jęknęli. Pan Andrews miał nieugięty charakter. Nic dziwnego, że był jednym z najlepszych reporterów głównego dziennika wychodzącego w Los Angeles. W żaden sposób nie dało się go skłonić, by zdradził choćby najmniejszy szczegół sprawy, nad którą pracował.
Dzień wcześniej Bob podsłuchał, jak ojciec ustalał z kimś, że skorzysta z jednego z małych samolotów należących do wydawnictwa, by polecieć do Diamond Lake z jakąś specjalną misją. Chłopiec zorientował się, że sprawa została nagrana, ale umknęło jego uwagi przez kogo i o co dokładnie chodziło.
– Jak w ogóle cię przekonałem, byś pozwolił nam z tobą polecieć? – dziwił się Bob.
– Zadziałał twój nieodparty czar – odparł pan Andrews. – Ten sam, którym zniewalasz wszystkie dziewczyny. – Posłał synowi spojrzenie pełne podziwu, po czym dodał srogim tonem: – I szczera obietnica, że będziecie pilnować własnego nosa. Przypominam, że to nie jest sprawa dla Trzech Detektywów.
Chłopcy pamiętali o tym. Od lat prowadzili własną półprofesjonalną agencję detektywistyczną – półprofesjonalną dlatego, że byli niepełnoletni, pracowali bez stanowych licencji i nie mieli prawa pobierać opłat za wykonane zadania, jednakże nigdy nie mogli się oprzeć pokusie rozwikłania tajemniczej zagadki. Niedawno skończyli po siedemnaście lat, a zdążyli już rozwiązać wiele zawiłych spraw, wyjaśnić sporo dziwnych zdarzeń i nawet oddać w ręce sprawiedliwości paru złodziei i kanciarzy.
