
Jupe hałaśliwie przetrząsał leżące w tyle samolotu torby z narzędziami.
– Może dzięki lornetce wypatrzę informatora pana Andrewsa – zażartował. – Jak on się nazywał?
– Tego wam nie mówiłem – zastrzegł się natychmiast ojciec Boba.
– Wydało się! Pański informator jest mężczyzną! – zawołał Jupe. – Powiedziałem: “on”, a pan nie zaprzeczył. Mamy pierwszy ślad, chłopaki!
– Bzdura – odparł pan Andrews, ale się uśmiechnął. Jupe miał rację.
– No mów, tato – ponaglił ojca Bob. – Kim on jest? Nikomu nie zdradzimy.
– Przykro mi, ale to tajemnica. – Pan Andrews potrząsnął głową.
Ojciec Boba był szczupłym, dobrotliwym człowiekiem. Miał trochę ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Ciągle był nieco wyższy niż jego syn, ale już wkrótce Bob miał szansę go prześcignąć. Nosił ciemne okulary, czapeczkę z emblematem baseballowej drużyny z Los Angeles i granatową wiatrówkę. Z górnej kieszeni tej wiatrówki wystawało z pół tuzina długopisów.
– O czym pan będzie pisał? – zapytał Pete. – O jakimś wyczynowcu, trenującym na dużych wysokościach w Diamond Lake? – Pete, urodzony sportowiec, interesował się ćwiczeniami fizycznymi o wiele bardziej niż jego przyjaciele. Był wysokim, dobrze umięśnionym młodym człowiekiem; dzięki jego sile Trzej Detektywi nie raz wydostawali się z trudnych sytuacji. – Już wiem! O bokserze! W następnym miesiącu zaczynają się stanowe mistrzostwa w boksie.
