
Ten zdążył się już oswoić z nową propozycją i z zapałem kiwał głową.
– No, no, mieć archanioła za zięcia – westchnęła Tiril wzruszona, bo teraz już wszyscy poznali przeszłość narzeczonego Taran. – Czy to nie Uriel doprowadził do całkowitego zaciemnienia Słońca podczas ukrzyżowania dzięki przesunięciu planety Adamida i ulokowaniu jej pomiędzy Ziemią i Słońcem?
– Uriel nie jest archaniołem, mamo – przypomniała jej Taran. – Tak samo jak nie jest nim Rafael. Uriel zaledwie trochę powąchał anielskiego królestwa…
– Taran, na miłość boską! – krzyknęła Theresa. – Jak ty się wyrażasz? I dość już na ten temat! Teraz chcielibyśmy zobaczyć czerwony kamień. Granat, jak go nazywacie. Ale czy naprawdę jesteście pewni, że to nie rubin?
Właśnie ciebie chcieliśmy o to zapytać, Thereso – rzekł Móri. Jego słowa bardzo księżnej pochlebiły. Znaczyć cokolwiek w tej niebywale pod wszelkimi względami uzdolnionej rodzinie to nie byle co.
Pod pojęciem „uzdolnieni” rozumiała nie tyle inteligencję i geniusz, ale właśnie to, co to słowo w najściślejszym sensie oznacza: Ze jej bliscy przynieśli na świat liczne i wyjątkowe uzdolnienia w najbardziej nieoczekiwanych kierunkach.
Kiedy Dolg wypakowywał czerwony kamień, w pokoju panowała kompletna cisza. Napięcie rosło, Dolg ostrożnie rozwijał kamień, ciemne meble połyskiwały w półmroku. Szafirem opiekował się teraz Villemann, a Taran zapewniała, że ten wspaniały kamień uczynił go dużo sympatyczniejszym. Villemann wykrzywił się do niej paskudnie, w głębi duszy jednak wiedział, że siostra po prostu mu zazdrości. Najchętniej sama by się zajęła klejnotem.
Nareszcie czerwona kula ukazała się zebranym w całej swojej okazałości. W blasku woskowych świec płonęła i mieniła się cudownymi refleksami. Wszyscy westchnęli głośno z podziwu.
– Ale to przecież nie jest granat! – zawołała Theresa. – Dolg, czy mogłabym potrzymać?
– Bardzo proszę, babciu. Kamień nie wyrządzi ci najmniejszej krzywdy, może tylko przyda ci jeszcze trochę więcej autorytetu.
