
– Poszukuję madame Galet – oznajmił Willum władczym tonem.
– Kogo? – zaskrzeczała kobieta.
– Madame Marie-Christine Galet – powtórzył Willum wolno i wyraźnie.
Kobieta nadal przyglądała mu się jakby z niedowierzaniem. Gdzieś z głębi chaty odezwał się inny glos:
– Pajęczycy!
Drzwi zostały zatrzaśnięte tuż przed nosem rycerza.
No trudno, pomyślał. Na razie mi się nie udało.
Popatrzył w dół wiejskiej ulicy, jeśli takim słowem można określić tę gliniastą rynnę wijącą się pomiędzy domami. Zobaczył światło w oknach budynku, który mógł być nędzną gospodą.
Willum ruszył w tamtą stronę.
Kilku górali drzemało nad trzema drewnianymi stołami, wypełniającymi izbę. Oczywiście nigdzie ani jednej kobiety, to niewyobrażalne w gospodzie w krajach Południa.
Kiedy wszedł, mężczyźni obojętnie spojrzeli w jego stronę. Nigdy nie należy okazywać zainteresowania przybyszowi ze świata! Coś takiego było w ogóle niedopuszczalne!
Willum już od progu powtórzył swoje pytanie, tak samo wyraźnie jak poprzednio:
– Szukam madame Marie-Christine Galet. Gdzie mógłbym ją znaleźć?
Jeśli to możliwe, w sali zaległa jeszcze głębsza cisza. Kilku obecnych z obrzydzeniem odwróciło głowy. Jeden jedyny syknął:
– Madame? A kiedy to ona została madame?
Potem wszyscy wrócili do swojego wina.
W pierwszej chwili Willum miał ochotę podejść i potrząsnąć człowiekiem, który się odezwał. Opanował się jednak, to przecież niczego nie załatwi.
Zawrócił do drzwi. Słyszał jeszcze, że mówią coś do siebie nawzajem i chichoczą, ale nie chciał się dowiadywać, dlaczego. Nie zamierzał się wdawać w żadne rozmowy, bo i tak byłby w nich stroną przegraną, a na coś takiego brat Willum za nic nie mógł sobie pozwolić.
Będę ją musiał znaleźć na własną rękę, myślał. Wszystko jedno, jakim sposobem.
Na dworze z cienia wyłoniła się postać małego chłopca, który pociągnął Willuma za połę płaszcza.
