
– Właśnie.
– Ale nie ma w tym ani odrobiny zła – szepnął Móri. – To po prostu siła.
Theresa zgadzała się z nim, mimo to nie mogła przestać się dziwić.
– O wszystkim opowiemy wam później – zakończył Móri uspokajająco.
Tiril przyglądała się uważnie Urielowi. Zauważyła, że wargi młodzieńca poruszają się w bezgłośnej modlitwie, po łacinie, co pewnie musi bardzo cieszyć jej matkę. Gdzież to Taran go wynalazła?
Wszyscy nowo przybyli słyszeli już sporo na temat Uriela od pani powietrza, ale żeby to miał być prawdziwy anioł stróż? Na myśl o tym uśmiechali się ukradkiem. Znowu fantazja i dziwne marzenia Taran, to oczywiste!
Już tutaj, na nabrzeżu bergeńskiego portu, wszyscy witali go serdecznie jako nowego członka rodziny, a jeśli żywili jakieś wątpliwości, to się one powoli rozwiewały. Anioł? Głupstwa! To po prostu wspaniały młody mężczyzna, nic więcej. Widzieli oto jego zgrabną sylwetkę o długich do ramion włosach i niebieskich, ufnych oczach. Jego ogromne zauroczenie Taran miało najzupełniej ziemski charakter.
Bądź dla niego dobra, Taran, myślał Móri.
– No, córeczko, tym razem miałaś szczęście – powiedziała Tiril ze śmiechem. – Witaj w rodzinie, Urielu, mój zięciu!
On uśmiechnął się także, uszczęśliwiony, choć skrępowany. Wszyscy okazywali mu tyle sympatii.
I tylko brat Taran, Dolg, wpatrywał się w Uriela z wyrazem powagi w oczach.
On wie, pomyślał anioł lekko przestraszony. On wie, że nie jestem całkiem z tego świata. Ale czy rozumie, kim jestem tak naprawdę? Czy domyśla się, że ma do czynienia, w najdosłowniejszym sensie, z zabłąkanym aniołem stróżem?
A poza tym ty, mój przyszły szwagrze, też nie jesteś całkiem ziemski, trzeba powiedzieć. Kimkolwiek jednak jesteś, to nie należysz do rodu aniołów. Do przeciwnej strony zresztą także nie. Czy to prawda, co mówi Taran, że w twoich żyłach płynie krew jakiejś wymarłej rasy? Gotów jestem uwierzyć, że mówi prawdę.
