
– Proszę nie mówić głupstw – parsknęła Elisabet niecierpliwie. – Co jest ważniejsze? Życie chłopca czy maja wstydliwość? Jeśli o mają cnotę chodzi, to w pełni za nią odpowiadam, zapewniam pana.
– Elisabet miała już do czynienia ze znacznie gorszymi przypadkami niż ten – powiedział Ulf tonem usprawiedliwienia, jednocześnie zdejmując spodnie Edwinowi. – Jej wielkim marzeniem jest zostać lekarzem, ale oczywiście nic z tego nie będzie. Po pierwsze dlatego, że jest kobietą, a po drugie dlatego, że kiedyś będzie musiała odziedziczyć dwór. Tymczasem jednak nie ma nic do roboty i nudzi się, prawda, Elisabet?
– Chciałabym robić coś, co ma sens – powiedziała Elisabet, nie odrywając wzroku od długiej rany, którą starała się oczyścić. – Być dziedziczką dworu, prowadzonego przez tak pracowitych rodziców, w którym na dodatek jest tyle służby, to irytujące. Proszę tu potrzymać – zwróciła się do Vemunda. – Proszę zaciskać razem brzegi rany!
Posłuchał bez słowa.
Elisabet przyjrzała się z bliska jego rękom. Po prostu przyciągały wzrok – duże, silne, ogorzałe od słońca i wiatru, a przy tym smukłe i szczupłe, o wrażliwych palcach.
W końcu dała sobie chwilkę czasu, by spojrzeć na właściciela tych dłoni. Nie mogły należeć do zwykłego flisaka czy parobka, to stwierdziła od razu. A intensywnie niebieskie oczy, które badawczo jej się przyglądały, świadczyły o kulturze i wykształceniu. Usta okazały się niewiarygodnie pociągające.
Elisabet była po prostu zafascynowana pięknymi, męskimi rysami, całą szlachetną twarzą.
To nie mógł być nikt inny jak tylko ten słynny Vemund Tark, o którym mówiła matka.
Ale co się kryje w tych oczach? Jaka to straszna tajemnica drąży świadomość tego mężczyzny? Jakim sposobem gorycz zdążyła już wycisnąć aż tak wyraźne piętno na tej młodej twarzy?
Elisabet Paladin nie była ani dotkniętą, ani wybraną. Była zwykłą dziewczyną, choć nie mogło ulegać najmniejszej wątpliwości, że pochodziła z Ludzi Lodu. Najbardziej przypominała chyba Cecylię i Villemo, a może też Ingrid z czasów młodości. Elisabet jednak miała w sobie jakąś dziwną nieśmiałość, cechę, która tamtym trzem szczególnie nie ciążyła.
