
Vemund Tark sprawiał wrażenie zdumionego.
Ulf uśmiechał się krzywo.
– Nasza ciotka Ingrid bywa nazywana wiedźmą.
– I jest nią – powiedziała Tora gwałtownie. – A jak myślisz, kto inny rzucił urok na nasze krowy, żeby cieliły się przed czasem?
– To była zwyczajna zaraza – mruknął Ulf, ale najwyraźniej dyskutowali już na ten temat wiele razy, więc nie chciał się kłócić.
– Pożegnaj się teraz i podziękuj panu Tarkowi, Elisabet – rzekła Tora, jakby rozmawiała z ośmiolatką. – Podziękuj za wspaniałomyślną propozycję! I możesz iść. Omówimy twoją przyszłość sami.
Dziewczyna posłusznie zbliżyła się do Vemunda i podała mu rękę.
– Dziękuję – szepnęła i dygnęła jak dobrze wychowana panienka. Ta okropna nieśmiałość, która pojawiała się zawsze w najmniej oczekiwanej porze, nie pozwalała jej patrzeć na niego dłużej niż przez moment, ale nawet moment wystarczył, by dostrzegła znowu ten trudny do pojęcia wyraz w jego pociągającej twarzy. Natychmiast potem wybiegła z pokoju.
Ingrid przyglądała się z uwagą Elisabet, która opowiedziała jej wszystko jednym tchem. Ingrid miała siedemdziesiąt dwa lata i sama siebie nazywała wiedźmą.
I była nią, ale trzeba przyznać, była to wiedźma z klasą!
Trudno by się doszukać u niej haczykowatego nosa, garbu czy odpychającego wyglądu Baby Jagi z baśni. Ingrid była nadal piękna i z pewnością wciąż jeszcze mogła zawrócić w głowie niejednemu mężczyźnie; oczy pod siwiejącymi włosami pozostały płomiennie żółte, a przeciągły uśmiech wywoływał u patrzących dreszcz. Szeptano, oczywiście, to i owo, co się po nocach dzieje w Grastensholm. Ale dopiero w ostatnim czasie. Długie małżeństwo Ingrid pozostało nieposzlakowane.
– Jesteś pewna, że tego naprawdę chcesz? – zapytała Ingrid. – Wyjechać z domu, na niepewne?
