
– Twój ojciec nie wrócił jeszcze do domu, a powinniśmy przecież wyjeżdżać o czwartej! Co ja mam z wami począć! W taki dzień on tkwi nad rzeką razem z tym okropnym Vemundem Tarkiem i nadzoruje spławianie drewna. Czy wy nigdy nie myślicie o tym, że pochodzicie z arystokratycznego rodu? Jesteście Paladinami, to przecież margrabiowie, a ty pokazujesz się ludziom z nie upudrowanymi włosami, twój ojciec natomiast pomaga flisakom! Czy on naprawdę musi to robić? Czasami tak się za was wstydzę, że jestem bliska szaleństwa!
Sama pani Tora pochodziła z dobrej mieszczańskiej rodziny, ale uważała, że Ulf Paladin stanowił dla niej świetną partię. Była jedyną osobą, która wciąż mówiła o margrabiowskim tytule. Bardzo chciała, by mąż go używał, on zaś w żadnym razie się na to nie godził, zwłaszcza że w Norwegii wszelkie tytuły szlacheckie zostały zniesione. Tora była znakomitą gospodynią Elistrand, czułą i szczerą, cenioną w całej okolicy, ale zarówno Ulf, jak i Elisabet uważali, że niekiedy jest zbyt apodyktyczna.
Był rok 1770 i córka miała wkrótce skończyć dwadzieścia lat. Wszyscy wiedzieli, że pani Tora robi wszystko, by jak najszybciej wydać ją za mąż i że szuka dla niej jak najlepszego kawalera. Dlatego tak bardzo liczyła na tę podróż do Christianii, bo mieli się tam spotykać z najznakomitszymi osobistościami, a przynajmniej widywać takich ludzi.
Elisabet częściowo odzyskała zdolność mówienia.
– Gim jezd Vebudd Talg?
– Co ty bełkoczesz, dziewczyno?
Elisabet wytarła nos.
– Kim jest Vemund Tark?
– Dzikus, jeżeli chcesz znać maje zdanie. Rodzina Tarków ma wspaniałą posiadłość tuż za granicami Christianii, z dala od miejskiego szumu, otoczoną świetnie utrzymanym parkiem. Czarujący ludzie! Gdybym ja miała taki dom, nie chciałabym nawet przez minutę mieszkać gdzie indziej. Ale ich starszy syn, Vemund, upiera się, żeby mieszkać w byle jakiej chatce w należących do posiadłości lasach.
