
– Tark? Czy to nie do nich należą takie ogromne puszcze?
– Oni mają strasznie dużo wszystkiego, lasy, tartaki, składy drewna i nie wiem co jeszcze. My też moglibyśmy tyle mieć, moglibyśmy być naprawdę bardzo bogaci, gdyby twoja praprababka Liv nie była taka głupia i nie sprzedała tego przedsiębiorstwa handlu drewnem, które odziedziczyła po swoim pierwszym mężu. Wy, Ludzie Lodu, nigdy nie znaliście się na interesach. Spójrz tylko na swego ojca! Jemu wystarcza Elistrand. A przecież moglibyśmy mieć i Grastensholm, i Lipową Aleję, gdyby on nie uważał, że tamte majątki należą do dalekich krewnych w Szwecji, którzy nigdy tu nawet nie zaglądają.
Tęsknym wzrokiem popatrzyła przez okno w stronę znacznie bardziej okazałego Grastensholm.
– Przecież ciocia Ingrid nadal tam mieszka! – zaprotestowała Elisabet, której udało się tymczasem wepchnąć znienawidzoną perukę za skrzynkę na drzewo.
– Ta stara wiedźma – mruknęła Tora pogrążona w swoich myślach.
Była to prawda, Elisabet nie mogła zaprzeczyć.
– I jej syn, wuj Daniel, zamierza się tu osiedlić z rodziną, kiedy przestanie pracować.
– On się tu nigdy nie sprowadzi, zbyt dobrze powodzi mu się w Szwecji – powiedziała matka z uporem. – Grastensholm będzie świeciło pustkami, kiedy Ingrid nie stanie. Jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie. Ona będzie się trzymać życia jak dziadek Ulfa, Ulvhedin.
Elisabet spłoszona popatrzyła w stronę starego dworu. Zdawało jej się, że już słyszy zawodzenie wiatru w pustych pokojach i ruinach wieżyczki. To by było okropne, to się nie może stać, wystarczy już tego, że jacyś obcy dzierżawią Lipową Aleję.
– Wuj Daniel sprowadzi się na pewno. A przynajmniej jego dzieci.
Tora prychnęła lekceważąco.
– Wy, z Ludzi Lodu, nigdy nie trzymaliście się ziemi! Dzięki niech będą Najwyższemu przynajmniej za to, że ty nie jesteś taka jak Ingrid albo Ulvhedin!
