
Prawdziwy samiec! Wspaniały, ale niebezpieczny!
Tymczasem gospodarz wręczył mężowi pęk kluczy.
– Witajcie w Jolinsborg! – rzekł z promiennym uśmiechem, który sprawił, że pod damą ugięły się kolana. – Mam nadzieję, że będzie się wam tu podobało!
– O, tak, z pewnością – odparła kobieta. – Lekarz zalecił memu mężowi wilgotne wiejskie powietrze, tutejsza okolica jest więc wprost wymarzona!
Małżonek jej, po wyglądzie sądząc człowiek prowadzący nie do końca czyste interesy, odezwał się chropawym głosem:
– A więc to miejsce zwie się Jolinsborg? Czy to od nazwiska właściciela? [Jolinsborg (norw.) – Twierdza Jolina (przyp. tłum.)]
– Nie, nie mamy tu do czynienia z nazwiskiem – uśmiechnął się młody wieśniak. – Jolin to stare norweskie imię męskie. Właściciele dworu nosili je już od czasów, kiedy pierwszy Jolin zbudował to domostwo w siedemnastym wieku, aż do chwili obecnej.
– Ale teraz nie ma już chyba nikogo o tym imieniu? – zapytała dama.
Gospodarz spuścił wzrok.
– Eee… Tak, owszem, jest, ale… zajęto się nim. Został ubezwłasnowolniony.
– Ach, tak?
– No, nie był w pełni… taki, jak być powinien. A po tym, jak zabrano mu dom, włóczył się po okolicy, zaglądał do okien i straszył poprzednich lokatorów. Teraz więc jest… jest pod kluczem.
– Jakaż tragiczna historia! – wykrzyknęła dama. – Kiedy to się stało?
– Jakieś dwa, może trzy lata temu.
Małżonek był najwyraźniej przytomnie myślącym człowiekiem.
– Wspomniałeś o lokatorach? Ilu ich było? Mieszkali tu kolejno po sobie?
– Nie, przed wami była tylko jedna para – mruknął przystojny wieśniak. – Ludzie niechętnie się osiedlają w tym miejscu nad odciętym od świata fiordem.
Mężczyzna nic na to nie odrzekł, tylko mocniej zasznurował usta. Przypuszczenie, że był człowiekiem prowadzącym interesy, w których rachunki niezupełnie się zgadzały, było jak najbardziej słuszne.
