
Eko znów pociągnął mnie za rękaw.
– Daj spokój, Ekonie – powiedziałem. – Trzeba się nauczyć nie zwracać uwagi na chamstwo w teatrze.
Chłopak tylko przewrócił oczyma i z irytacją założył ręce na piersi. Znałem ten gest: „Gdybym tylko umiał mówić!” Na scenie dwaj sąsiedzi dobili targu i ślub córki Eukliona z Megadorusem został postanowiony. Rozbrzmiały flety i cymbały, aktorzy zeszli ze sceny i tak dobiegł końca pierwszy akt. Muzykanci wkrótce zmienili melodię i po chwili pojawiły się nowe postacie: dwaj kłócący się kucharze, wynajęci do przygotowania uczty weselnej. Rzymska widownia uwielbia dowcipy o jedzeniu i obżarstwie, im prymitywniejsze, tym lepsze. Podczas gdy ja kwitowałem każdy kiepski żart pomrukiem dezaprobaty, Eko śmiał się w głos, co przypominało ochrypłe szczekanie. Nagle zamarłem; ponad rubasznym śmiechem widzów dotarł do mnie przeraźliwy krzyk. Był to głos mężczyzny i wyrażał nie strach, lecz ból. Eko wyłowił go także i spojrzał na mnie pytająco. Na widowni chyba nikt nie zwrócił na to uwagi, ale aktorzy bez wątpienia go słyszeli, ponieważ zaczęli mylić kwestie i niezgrabnie odwrócili się ku drzwiom prowadzącym za kulisy, potrącając się przy tym i depcząc sobie po palcach, co wzbudziło jeszcze większą powszechną wesołość. W końcu dobrnęli do końca tekstu i zniknęli. Scena pozostała pusta. Pauza przeciągała się coraz bardziej. Zza kulis dobiegały dziwne, niewytłumaczalne dźwięki: stłumione głosy, szuranie nóg, czyjś okrzyk. Widzowie zaczęli szeptać między sobą i wiercić się niecierpliwie na ławkach. Wreszcie otworzyły się drzwi po lewej stronie i pojawił się w nich aktor w masce skąpca Eukliona. Był ubrany w żółtą szatę, lecz nie tę samą co poprzednio. Wzniósł ręce w górę i zawołał:
