
– Hamilton. Dobrze, że jesteś. – Przetarł ręką steraną twarz, nieskutecznie starając się przepędzić zmęczenie. Pete pracował w „Omaha Journal” już prawie pół wieku, zaczynając od gońca. I choć miał siwe włosy, dwuogniskowe szkła i artretyzm w rękach, należał do nielicznych, którzy mogliby sami wydawać gazetę, bo poznał wszystkie jej działy.
– Brak weny. Mózg mi się zatkał. – Uśmiechnęła się, próbując wyjaśnić, dlaczego siedzi o tej porze w takim dziale. Odetchnęła, kiedy okazało się, że w drzwiach stanął Pete, a nie Charles Schneider, który zazwyczaj był nocnym wydawcą i który komenderował redakcją jak nazistowski dowódca oddziału szturmowego.
– Bailey dzwonił, że jest chory. Russell kończy pisać o seksualnych ekscesach kongresmana Neale’a. A Sancheza wysłałem na pięćdziesiątkę, trzy wozy się zderzyły. Coś się dzieje nad rzeką, przy Old Church Road w hrabstwie Sarpy. Ernie próbował wyłowić coś przez radio, ale to niewiele, a tam pędzi cała chmara wozów policyjnych. Może jakieś podpite dzieciaki bawią się znowu traktorami swoich tatusiów. Wiem, że nie jesteś w informacjach, Hamilton, ale mogłabyś tam zajrzeć?
Christine ledwo powstrzymała wybuch entuzjazmu. Z trudem ukryła uśmiech. Wreszcie ma szansę na prawdziwą robotę, nawet jeśli to tylko banda podchmielonych wyrostków.
– Ozłocę cię, jak to dla mnie zrobisz. – Pete fałszywie odczytał jej minę.
– Dobra. Chyba mogę to dla ciebie zrobić. – Starannie dobrała słowa, podkreślając, że robi mu przysługę. Była w zespole od roku, ale wiedziała już, że przysługi są szybszą drogą do awansu niż talent.
