
— To zmienia postać rzeczy.
— Dlaczego?
— Chciałem panu coś zaproponować, ale skoro ma pan znajomych…
— A właśnie — powiedziałem. — Kto jest u was merem?
— Merem? Diabli wiedzą, nie pamiętam. Wybrali kogoś…
— Nie Peck Zenay przypadkiem?
— Nie wiem — powiedział Amad z żalem. — Nie chcę kłamać.
— A nie zna pan człowieka o takim nazwisku?
— Zenay… Peck Zenay… Nie, nie znam. Nie słyszałem. A co, to pański przyjaciel?
— Tak, stary przyjaciel. Mam tu jeszcze innych znajomych, ale samych przyjezdnych.
— Jednym słowem tak — podsumował Amad. — Jeśli będzie się panu nudziło i do głowy zaczną przychodzić różne myśli, niech pan wali do mnie. Każdego bożego wieczoru od siódmej siedzę w Łasuchu. Lubi pan smaczne jedzenie?
— Pewnie.
— Żołądek w porządku?
— Jak u strusia.
— No to niech pan przyjdzie. Będzie wesoło i nie trzeba będzie o niczym myśleć.
Amad wyhamował i ostrożnie skręcił do bramy, która otworzyła się bezszelestnie. Samochód wjechał na podwórze.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił Amad. — Oto pański dom.
Dom był piętrowy, błękitno-biały. Okna od wewnątrz zasłonięte roletami. Czyściutkie podwórko wyłożone kolorowymi płytkami było puste, wokół owocowy sad, gałęzie jabłoni drapały ściany.
— A gdzie wdowa? — zapytałem.
— Wejdźmy do domu — zaproponował Amad.
Wszedł na werandę, kartkując notes. Rozglądając się, poszedłem za nim. Sad mi się spodobał. Amad znalazł właściwą stronę, wybrał kombinację cyfr na malutkiej tarczy obok dzwonka i drzwi się otworzyły. W domu pachniało chłodnym świeżym powietrzem. Było ciemno, ale ledwie weszliśmy do holu, zapłonęło światło. Amad, chowając notes, powiedział:
— Po prawej strome jest połowa gospodarzy, po lewej pańska. Proszę… tutaj jest pokój gościnny. To bar, zaraz się napijemy. Proszę dalej. To pański gabinet. Ma pan fonor?
