— Słyszałem — powiedziałem. — Co znaczy to „u nas”? U lekarzy?

Bardzo ją to rozbawiło.

— U lekarzy! No nie! — chichotała. — A z ciebie chłopak całkiem do rzeczy, język masz cięty… u nas w biurze też jest taki jeden. Jak coś powie, to wszyscy leżą. Jak obsługujemy rybaków, zawsze go wyznaczają, rybacy lubią się pośmiać.

— Kto nie lubi…

— Nie gadaj. Intele na przykład go pogonili. Zabierzcie, mówią, tego idiotę… Albo teraz, u tych ciężarnych facetów…

— U kogo?

— U smutasów… słuchaj, ja widzę, że ty nic nie rozumiesz… skąd się taki wziąłeś?

— Z Wiednia.

— No i co? W Wiedniu nie ma smutasów?

— Nie wyobraża sobie pani, ilu rzeczy nie ma w Wiedniu.

— Może nieregularnych zebrań też u was nie ma?

— U nas nie ma — powiedziałem. — U nas wszystkie spotkania są regularne. Jak linia autobusowa.

Najwyraźniej świetnie się bawiła.

— A może kelnerek też u was nie ma?

— Kelnerki są. Trafiają się nawet cudowne egzemplarze. Pani jest kelnerką?

Zerwała się nagle.

— No nie, tak dalej być nie może! Dość mam na dzisiaj smutasów. Teraz grzecznie wypijesz ze mną bruderszaft… — zaczęła przewracać butelki pod oknem. — Łobuzy, wszystkie puste… A może w dodatku nie pijesz? Aha, jest jeszcze trochę wermutu… napijesz się wermutu? Czy poprosić o whisky?

— Zacznijmy od wermutu — powiedziałem.

Postawiła butelkę na stół i wzięła z parapetu dwie szklanki.

— Trzeba umyć, poczekaj chwilę, ale naśmiecili… — Poszła do łazienki i mówiła stamtąd: — Gdyby się jeszcze okazało, że jesteś niepijący, to sama nie wiem, co bym z tobą zrobiła… ale tu u niego bajzel w łazience, uwielbiam! Gdzie się zatrzymałeś, też tutaj?

— Nie, w mieście. Na Drugiej Podmiejskiej.

Wróciła ze szklankami.

— Z wodą, czysty?



34 из 165