
— Czeka pan? — zapytała.
Oczy miała błyszczące, pachniało od niej winem, tytoniem i perfumami.
— Czekam — potwierdziłem. — Niech pani siada, będziemy czekać razem.
Położyła się na tapczanie naprzeciwko mnie i zadarła nogi na stolik z telefonem.
— Niech pan rzuci papierosa człowiekowi pracy — powiedziała. — Pięć godzin nie paliłam.
— Nie palę… Zadzwonić, żeby przynieśli?
— Mój Boże, i tu też smutas… niech pan da spokój z telefonem, bo znowu przyjdzie ta baba… proszę pogrzebać w popielniczce i znaleźć jak najdłuższy niedopałek!
W popielniczce było pełno długich niedopałków.
— Wszystkie są w szmince — zauważyłem.
— Proszę dać, to moja szminka. Jak się pan nazywa?
— Iwan.
Pstryknęła zapalniczką.
— A ja Ilina. Też jest pan cudzoziemcem? Wszyscy cudzoziemcy jacyś tacy szerocy. Co pan tu robi?
— Czekam na Rimeiera.
— Ależ nie o to pytam. Co pana do nas przywiało? Ucieka pan przed żoną?
— Nie jestem żonaty. Przyjechałem napisać książkę.
— Książkę… ale ten Rimeier ma znajomych… książkę przyjechał napisać. Problem płci sportowców impotentów. Jak u pana z problemem płci?
— Dla mnie to nie problem — odparłem skromnie. — A dla pani?
Spuściła nogi ze stolika.
— No, no… Ostrożnie. Tu nie Paryż. Najpierw kudły obetnij… Siedzi jak persz…
— Jak kto? — Byłem bardzo cierpliwy, w końcu miałem tu czekać jeszcze czterdzieści pięć minut.
— Jak persz. Chodzą tacy, no wiesz… — zrobiła wokół uszu nieokreślone ruchy dłońmi.
— Nie wiem. Jestem tu od niedawna. Jeszcze nic nie wiem. Niech pani opowie, to interesujące.
— O nie, na pewno nie ja. U nas się nie gada. My tylko podajemy, sprzątamy, uśmiechamy się i milczymy. Tajemnica zawodowa. Słyszałeś o takim zwierzęciu?
