Ze wszystkich słonecznych miast, w jakich kiedykolwiek zdarzyło mi się być, to miasto było zapewne najbardziej słoneczne. Zupełnie niepotrzebnie. Wolałbym, żeby było tu brudno i dżdżyście, żeby tamten pawilon był szary i miał cementowe ściany, żeby na mokrym cemencie ktoś z nudów wydrapał jakieś świństwo, smętne i bezmyślne. Wtedy na pewno od razu poczułbym chęć działania. Takie rzeczy drażnią i popychają do roboty… Jednak trudno przywyknąć do tego, że ubóstwo też może być bogate… I dlatego nie czuję zwykłego zapału, bynajmniej nie rwę się do pracy, mam za to chęć wsiąść do jednego z autobusów, do tego czerwonego z niebieskim na przykład, i pojechać na plażę, popływać z akwalungiem, poopalać się, umówić się z jakąś fajną dziewczyną. Albo poszukać Pecka, położyć się z nim w chłodnym pokoju na podłodze i powspominać najlepsze czasy, i żeby on pytał mnie o Bykowa i Transpluton, o nowe statki, na których znam się już coraz mniej, ale i tak lepiej niż on, i żeby mówił o buncie, chwalił się bliznami i swoją wysoką pozycją społeczną… To by było bardzo wygodne, gdyby Peck miał wysoką pozycję społeczną. Nie zaszkodziłoby, gdyby był, powiedzmy, merem…

W moją stronę szedł niespiesznie, ocierając wargi chusteczką, smagły tęgi człowiek w białym ubraniu i okrągłej białej czapce na bakier. Czapka miała przezroczysty zielony daszek z zieloną taśmą i napisem: „Serdecznie witamy”. Na płatku prawego ucha błyszczał kolczyk-nadajnik.

— Witam — powiedział mężczyzna.

— Dzień dobry — odparłem.

— Serdecznie witamy. Nazywam się Amad.

— A ja Iwan. Miło mi.

Skinęliśmy sobie głowami i zaczęliśmy patrzeć, jak turyści wsiadają do autobusów. Słychać było wesoły gwar, a ciepły wiaterek przewiewał przez plac w naszą stronę niedopałki i kolorowe papierki od cukierków. Na twarz Amada padał zielony cień daszku.



4 из 165