
Celnik wręczył mi pokwitowanie i odliczył dwadzieścia osiem centów reszty.
— Oto i wszystkie formalności. Mam nadzieję, że nie zatrzymałem pana zbyt długo. Życzę miłego dnia.
— Dziękuję. — Wziąłem walizkę.
Celnik patrzył na mnie, lekko przechylając na bok gładką, uśmiechniętą twarz.
— Przez tę bramkę, bardzo proszę — powiedział. — Do widzenia. Pozwoli pan, że jeszcze raz złożę panu życzenia wszystkiego najlepszego.
Wyszedłem na plac za włoską parą z czwórką dzieci i dwoma mechanicznymi bagażowymi.
Słońce wisiało wysoko nad niebieskimi górami. Wszystko na placu było błyszczące, kolorowe i jaskrawe. Nieco zbyt kolorowe i jaskrawe, jak to zwykle bywa w kurortach. Błyszczące czerwone i pomarańczowe autobusy, obok których już tłoczyli się turyści. Błyszcząca glansowana zieleń skwerów z białymi, niebieskimi, żółtymi, złotymi pawilonami, straganami i kioskami. Lustrzane płaszczyzny, wertykalne, horyzontalne i pochyłe, rozpalające się oślepiającymi, płonącymi zajączkami. Gładkie matowe sześciokąty pod nogami ludzi i kołami pojazdów — czerwone, czarne, szare, ledwie zauważalnie sprężynujące, tłumiące kroki… Postawiłem walizkę i założyłem ciemne okulary.
