
— Nic pan tu nie napisze — oznajmił Amad. — Będzie panu trudno cokolwiek napisać.
— Napisanie czegokolwiek nigdy nie jest łatwe — zauważyłem. Dobrze, że nie jestem pisarzem.
— Chętnie wierzę. Ale u nas jest to po prostu niemożliwe. Przynajmniej dla przyjezdnego.
— Zaniepokoił mnie pan.
— Proszę się nie bać. Po prostu nie będzie miał pan ochoty pracować. Nie usiedzi pan przy maszynie. Będzie panu przykro siedzieć przy maszynie. Wie pan, co to takiego radość życia?
— Jak by to panu powiedzieć…
— Nic pan nie wie, Iwanie. Na razie nic pan o tym nie wie. Przejdzie pan przez dwanaście kręgów raju. To śmieszne, ale zazdroszczę panu…
Zatrzymaliśmy się przed długim kabrioletem. Amad rzucił na tylne siedzenie walizkę i otworzył przede mną drzwi.
— Proszę — powiedział.
— Pan, jak rozumiem, już przeszedł — zauważyłem, wsiadając.
Zajął miejsce za kierownicą i włączył silnik.
— Co takiego?
— Dwanaście kręgów raju.
— Ja, Iwanie, już dawno wybrałem sobie ulubiony krąg — odparł Amad. Samochód ruszył bezszelestnie. — Pozostałe od dawna dla mnie nie istnieją. Niestety. To jak starość. Ze wszystkimi jej przywilejami i wadami.
Samochód mknął przez park, jechał po zacienionej ulicy. Rozglądałem się z zainteresowaniem, ale niczego nie poznawałem. Byłem głupi, myśląc, że cokolwiek rozpoznam. Wysadzali nas nocą, lał deszcz, siedem tysięcy znękanych turystów stało na pirsach, patrząc na dopalający się liniowiec. Miasta nie widzieliśmy — była tylko czarna mokra pustka mrugająca czerwonymi światełkami. Wewnątrz pustki trzeszczało, huczało, zgrzytało. „Wytłuką nas w tej ciemności jak króliki” — powiedział Robert i ja pogoniłem go z powrotem na prom do wyładunku samochodu opancerzonego. Trap się złamał, samochód wpadł do wody. Peck wyciągnął Roberta, który — siny z zimna — podszedł do mnie i dzwoniąc zębami, powiedział: „Przecież panu mówiłem, że jest ciemno”.
