
— Pensjonat — powtórzyłem. — Nie wiem. Nie sądzę. Proszę zrozumieć, nie chcę poznawać ludzi, których poznawać nie chcę. To po pierwsze. Po drugie, kto mieszka w tych pensjonatach? Również turyści, tylko tacy, którym nie starczyło pieniędzy na osobną willę. Tak samo gorliwie odpoczywają. Urządzają pikniki, walki klanowe i wieczorki przy muzyce. Nocami grają na banjo. Łapią każdego, kogo zdołają dorwać, i zmuszają do udziału w konkursie na najdłuższy pocałunek. No i przede wszystkim — są przyjezdni. A mnie interesuje wasz kraj, Amadzie. Wasze miasto. Wasi mieszkańcy. Powiem panu, czego potrzebuję. Potrzebuję przytulnego domku z ogrodem. Niezbyt daleko od centrum. Niezbyt głośna rodzina, szacowna gospodyni. Mile widziana młoda córka. Rozumie pan?
Amad wziął puste szklanki, poszedł do baru i wrócił z pełnymi. Teraz w szklankach był bezbarwny płyn, a na talerzykach — mikroskopijne wielopiętrowe kanapki.
— Znam taki przytulny domek — oznajmił. — Wdowa ma czterdzieści pięć lat, córka dwadzieścia, syn jedenaście. Wypijemy i pojedziemy. Myślę, że tam się panu spodoba. Opłata zwyczajowa, chociaż oczywiście drożej niż w pensjonacie. Na długo pan przyjechał?
— Na miesiąc.
— Mój Boże! Tylko miesiąc?
— Nie wiem, jak się wszystko ułoży. Możliwe, że zostanę dłużej.
— Niech pan koniecznie zostanie — powiedział Amad. — Widzę, że nie do końca pan rozumie, dokąd przyjechał. Zwyczajnie nie wie pan, jak tu u nas wesoło. Nie trzeba o niczym myśleć.
Wypiliśmy i poszliśmy pod palącym słońcem do postoju samochodów. Amad szedł szybko, luźnym krokiem, nasuwając zielony daszek na oczy i niedbale wymachując walizką. Z pawilonu celników wysypała się kolejna porcja turystów.
— Chce pan, to powiem szczerze — odezwał się nagle Amad.
— Chcę. — Cóż mogłem odpowiedzieć? Czterdzieści lat żyję na tym świecie i ciągle nie nauczyłem się uprzejmego uniku przed tym nieprzyjemnym pytaniem.
