
Zajmowałem się klaczą, która zawsze miała trudności z wydawaniem na świat źrebiąt; nie jest to czyste zajęcie, więc byłem ubrany odpowiednio do okazji. Wynikiem wysiłków – moich i klaczy – była cherlawa źrebica z przykurczonym ścięgnem w przedniej nodze i prawdopodobnie w tylnej również, co oznaczało konieczność operacji i wydatki większe niż warta była sama klaczka.
Mój gość przez chwilę przyglądał się porządnym padokom zamkniętym białymi ogrodzeniami, podwórzu stajennemu w kształcie litery L i rzędowi cedrowych boksów, gdzie na słomie leżał mój biedny mały źrebaczek. Cała hodowla wyglądała na bardzo dobrze utrzymaną, i w istocie taka właśnie była, pracowałem nad tym bardzo ciężko, dzięki czemu mogłem żądać stosunkowo wysokich cen za konie.
Przybysz przeniósł wzrok na rozległą zielononiebieska lagunę po lewej stronie, pokryte śniegiem wierzchołki gór wyrastające niespodziewanie na jej krańcu. Szczyty wieńczyły kłęby chmur podobne do pióropuszy. Dla jego nieprzyzwyczajonych oczu była to niewątpliwie wspaniała sceneria.
Dla mnie były to po prostu ściany.
– To zapiera dech – rzekł z uznaniem. Po czym odwracając się do mnie zaczął gwałtownie, nie bez pewnego wahania w głosie: – Ja… ee… słyszałem w Perloomie, że pan… to znaczy… że ma pan chłopca stajennego, Anglika, który… eee, chciałby wrócić do domu. – Przerwał i zaczął znowu: – To może wydawać się zaskakujące, ale w pewnych okolicznościach, jeżeli on będzie się nadawał, byłbym skłonny opłacić jego podróż i zatrudnić go tam, po drugiej stronie… – Znowu zamilkł.
Pomyślałem, że jest mało prawdopodobne, by w Anglii tak bardzo brakowało chłopców stajennych, że trzeba ich rekrutować aż w Australii.
