
– Może zechce pan wejść do domu? – zaproponowałem. – I wyjaśnić bliżej, o co chodzi?
Wszedłem pierwszy i usłyszałem okrzyk zachwytu za moimi plecami. Ten pokój na wszystkich naszych gościach wywierał wrażenie. Wielka płaszczyzna okna zamykała niby w ramach najbardziej widowiskową część laguny i gór, które wydawały się stąd znacznie bliższe, a mnie również zdawały się bardziej wspaniałe. Usiadłem na starym drewnianym bujanym fotelu tyłem do okna wskazując gościowi wygodny fotel z widokiem na góry.
– Pan… – zacząłem.
– October – rzekł swobodnie – i nie pan. Hrabia.
– October? Tak jak nazwa miesiąca? – Właśnie był październik.
– Jak nazwa miesiąca – potwierdził.
Przyjrzałem mu się z zaciekawieniem. Niezupełnie tak wyobrażałem sobie hrabiego. Wyglądał jak trzeźwy prezes jakiejś spółki na urlopie. I wtedy uświadomiłem sobie, że przecież nie ma żadnych przeszkód, żeby hrabia był równocześnie prezesem jakiejś spółki, i że prawdopodobnie niektórzy z nich tym się właśnie zajmują.
– Przyjechałem tutaj pod wpływem impulsu – powiedział jakoś bardziej składnie. – I wcale nie jestem pewny, czy to w ogóle miało sens. – Przerwał, wyjął mechanicznie złotą papierośnicę i zbierał myśli zapalając zapalniczkę. Ja czekałem. On uśmiechnął się przelotnie. – Może lepiej zacznę od tego, że przyjechałem do Australii w interesach, miałem sprawy w Sydney, a tutaj do Snowies przyjechałem na zakończenie prywatnego objazdu waszych głównych ośrodków wyścigowych i hodowlanych. Jestem członkiem komitetu, który zarządza wyścigami konnymi w Anglii, i oczywiście wasze konie ogromnie mnie interesują. Kiedy jadłem obiad w Perlooma – kontynuował, mówiąc o naszym najbliższym mieście, oddalonym o piętnaście mil – rozmawiałem z człowiekiem, który zauważywszy mój angielski akcent powiedział, że jedyny Anglik (prócz mnie), jakiego zna, to chłopiec stajenny, który pracuje u pana, i jest na tyle głupi, że chce wracać do domu.
