
Ale zanim zdążyła go złapać, Ansel rzucił się podjazdem w stronę domu i po chwili wbiegł do środka przez otwarte drzwi garażu. Czterysta metrów dalej pies sąsiadów rozszczekał się tak, że mógłby zbudzić umarłego.
Abby zacisnęła palce na młotku. Znowu miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Dość tego. Nie jesteś matką… Nie jesteś… szalona. Pies Pomerych szczeka. I co z tego?
Ruszyła do domu. Pod stopami szeleściły pierwsze jesienne liście. Weszła przez garaż do kuchni. Ansel siedział na parapecie nad zlewozmywakiem. Patrzył w okno, nerwowo poruszając ogonem.
– No, o co chodzi? – spytała.
Kot nie oderwał wzroku od szyby.
– Wiesz, że nie wolno ci wskakiwać na blat.
Nie poruszył się.
Stanęła przy zlewie i wbiła wzrok w ciemne drzewa, otaczające niewielki ogródek. Okno było lekko uchylone.
Znowu zaczął szczekać pies. W tej samej chwili drewniany dom jęknął, zaskrzypiały stare deski. Abby przepędziła kota z parapetu, zamknęła okno i zasunęła zasuwkę. Nie była szczególnie lękliwa, ale od jakiegoś czasu miała dość mieszkania na uboczu.
Ale to się wkrótce zmieni.
Przyjmie zaproszenie Alicii i przeprowadzi się do San Francisco. Będą dzieliły mieszkanie, jak w czasie studiów – z tą różnicą, że teraz obie są rozwiedzione, a Alicia ma pięcioletnie dziecko.
– Cudownie, prawda? – spytała kota, który, zrzucony z parapetu, schronił się pod stołem. – Tak, tak, Ansel, dąsaj się, proszę bardzo. To i tak nie był najmilszy dzień.
Zadzwonił telefon. Abby czuła się trochę winna, że nie odebrała telefonu siostry, teraz podniosła słuchawkę, nie patrząc na identyfikator numeru.
– Halo? – powiedziała, idąc do salonu.
– Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.
Stanęła jak wryta i omal nie wypuściła słuchawki z ręki. To był Nick.
– Dzięki.
– Pewnie jesteś zaskoczona.
Eufemizm roku.
