
– Nawet bardzo. Do głowy mi nie przyszło, że możesz zadzwonić.
– Abs – powiedział, pieszczotliwe przeciągając zdrobnienie. – Wiem przecież, że to dla ciebie trudny dzień, ze względu na matkę.
Nie wierzyła w to. Za dobrze go znała.
– I co, dzwonisz, żeby mi poprawić nastrój?
– Tak.
– Czuję się świetnie – powiedziała z pełnym przekonaniem.
– To dobrze. Bardzo dobrze – odparł, wyraźnie zaskoczony, jakby spodziewał się, że zastanie ją we łzach. – Naprawdę dobrze.
– Dziękuję. Do widzenia.
– Zaczekaj! Nie rozłączaj się.
Usłyszała w jego głosie determinację, a oczami wyobraźni zobaczyła, jak wyciąga do przodu wolną rękę, jakby chciał powstrzymać ją od odłożenia słuchawki. Zawsze tak robił, ilekroć czegoś chciał, a wydawało mu się, że ona go nie słucha.
– O co chodzi, Nick?
Stała teraz w salonie, gdzie kiedyś oglądali razem telewizję, jedli popcorn i omawiali bieżące sprawy.
Albo się kłócili. Co zdarzało im się bardzo często.
– Posłuchaj… masz jeszcze te rzeczy, które zostawiłem? – W końcu przeszedł do prawdziwego powodu rozmowy.
– Jakie rzeczy?
– No wiesz – powiedział lekko, jakby właśnie sobie przypomniał. – Moje wędki, skrzynka z narzędziami… zestaw kijów golfowych. Sprzęt do nurkowania.
– Nie.
– Co?
– Pozbyłam się wszystkiego.
Spojrzała na biblioteczkę. Wśród innych albumów ciągle stały tam te ze ślubnymi zdjęciami.
– Co to znaczy, że się ich „pozbyłaś”? – spytał. Abby niemal widziała, jak mruży niebieskie oczy. – Chyba nie rozdałaś moich rzeczy? – Jego głos brzmiał teraz zimno. Podejrzliwie. Oskarżycielsko.
– Oczywiście, że rozdałam – odparła bez cienia poczucia winy. – Dałam ci pół roku na ich zabranie, Nick. Znacznie dłużej, niż zamierzałam. Nie przyjechałeś po nie, zaprosiłam więc Armię Zbawienia. Zabrali wszystko, łącznie z resztą twoich ubrań i tych śmieci, które leżały w garażu i na strychu.
