
– Jezu, Abby! Niektóre z tych rzeczy były naprawdę cenne! Nie było żadnych śmieci.
– To trzeba je było odebrać.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Abby zebrała się z sobie.
– Zaraz, zaraz… Nie pozbyłaś się moich nart, prawda? Nie zrobiłabyś tego. Te rossignole są ciągle na strychu? – Słyszała w jego głosie niedowierzanie. Wróciła do kuchni, otworzyła lodówkę i wyciągnęła butelkę z winem. – Abby, te narty kosztowały fortunę. Nie mogę uwierzyć, że… Chryste, powiedz, że deska surfingowa jest ciągle w garażu.
– Niestety. – Abby pokręciła głową. – Jestem pewna, że deskę także zabrali.
– Kupiłem ją na Hawajach! A kajak?
– Chyba poszedł na aukcji na rzecz Naszej Pani od Cnót.
– Naszej Pani?… To ten szpital, gdzie twoja matka…
– Fundusze poszły na kościół – przerwała. – Szpital od lat jest zamknięty.
– Kompletnie ci odbiło! – wybuchnął Nick. – Jesteś taką samą wariatką, jak twoja matka!
Abby zacisnęła zęby, ale postanowiła, że nie da się w to wciągnąć. Przytrzymując słuchawkę ramieniem, odkorkowała butelkę. Skaleczony palec znowu ją rozbolał. Nie jest wariatką. Tylko raz zabrakło jej zdrowego rozsądku – wtedy, kiedy zgodziła się wyjść za Nicka.
– To jakiś koszmar! Koszmar! Wyrzuciłaś też trzydziestkę ósemkę mojego ojca? – Nie odpowiedziała, więc dodał: – Wiesz, ten rewolwer?
– Wiem, co to jest. – Abby nie zawracała sobie głowy szukaniem drugiego kieliszka i wyciągnęła ulubiony kubek.
– To rewolwer mojego ojca! Miał… miał go od lat. Był policjantem, do cholery… ten rewolwer miał dla mnie wartość sentymentalną. Nie mogłaś się go pozbyć!
– Hm. – Nalała wino do kubka, ochlapując przy tym blat kuchenny. – Pewnie się zastanawiasz, co zrobiłaby z nim Armia Zbawienia.
– Oni nie biorą broni palnej.
– Naprawdę? – Pociągnęła długi łyk wina. – To może wzięły go zakonnice z klasztoru Naszej Pani? Naprawdę nie pamiętam.
