Nagle rozległ się głośny trzask łamanej gałęzi.

Serce podeszło jej do gardła.

Odwróciła się szybko, pewna, że ktoś czai się w krzakach. Na rękach pojawiła się jej gęsia skórka, serce waliło jak młotem. Ale choć wytężyła wzrok, nikogo nie zauważyła. Zdenerwowana wróciła do domu i zawołała kota przez otwarte drzwi. Ansel nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Stał nieruchomo, wpatrując się czujnie w mroczne krzewy.

– Daj spokój, Ansel. Dosyć wrażeń na dziś.

Kot zasyczał przeciągle, sierść na jego grzbiecie podniosła się powoli. Położył uszy po sobie, poruszył lekko ogonem i nagle rzucił się przez werandę w kierunku studia. Wiedziała, że nie da rady go złapać.

– No, no, ale bohater – mruknęła ironicznie, ale zamykając za sobą drzwi, ciągle była zaniepokojona. Nigdy dotąd nikt nie kręcił się koło jej domu, ale przecież zawsze jest pierwszy raz. Położyła aparat na stole w jadalni i poszła do kuchni. Czerwone światełko automatycznej sekretarki znowu przypomniało jej o Ginie.

Nigdy nie były sobie bliskie. Może dlatego, że była między nimi niewielka różnica wieku, zaledwie czternaście miesięcy? A może dlatego, że Gina była zawsze taka ambitna i żądna sukcesu? A może… może wina leżała, choćby częściowo, także po stronie Abby?

– Cholera – mruknęła, pociągając łyk z kieliszka. Zimne wino nie przyniosło ulgi.

Było gorąco. Wilgotno. Abby otarła pot z czoła ściereczką do naczyń. Może jednak powinna odebrać ten głupi telefon?

Nie. Nie była na to gotowa. Nie dziś. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie.

Dwadzieścia lat temu…

Przypomniała jej się ulubiona piosenka matki.

– Ani się waż – upomniała samą siebie. Nie będzie roztrząsać przeszłości, tak jak to robi od dwudziestu lat. Czas pójść do przodu, spojrzeć w przyszłość. Tak, obiecała sobie w duchu, zacznę dziś wieczorem. Spróbuję zapomnieć o tym, co wydarzyło się dokładnie dwadzieścia lat temu, kiedy jej matka kończyła trzydzieści pięć lat – tak jak Abby dzisiaj. Tyle że Faith Chastain w dniu urodzin zakończyła życie. W taki straszny, tragiczny sposób.



8 из 302