
– Och mamo – szepnęła Abby. Wspomnienia, które tak bardzo chciała zostawić za sobą, napłynęły nieubłaganie.
Samochód ojca wjechał przez żelazną bramę i zatrzymał się przed starym budynkiem z czerwonej cegły, koło fontanny na podjeździe. Abby już zaczęła się interesować chłopcami, i rozmyślała właśnie o zaproszeniu Treya Hilliarda na potańcówkę u Sadie Hawkins. Wysiadła z samochodu, trzymając prezent z wielką kokardą w kolorze fuksji, i spojrzała w okno pokoju na drugim piętrze, który zajmowała jej matka.
Ale w pokoju nie paliło się światło.
Okno było ciemne.
Poczuła nagle, że stało się coś złego. „Mama?” – szepnęła, choć od dziesięciu lat nie zwracała się do matki w ten sposób. Ruszyła szybko schodami, kiedy usłyszała głośny trzask.
Uniosła głowę.
Tysiące odłamków szkła migotało w błękitnawym świetle.
A potem ciszę rozdarł ten straszny krzyk. Z okna wypadła ciemna sylwetka i z chrzęstem łamanych kości uderzyła w beton podjazdu.
Ogarnął ją przeraźliwy strach. Upuściła prezent i rzuciła się w stronę leżącego na podjeździe nieruchomego kształtu. Pod głową matki rosła kałuża krwi. Wielkie złote oczy patrzyły w niebo.
– Abby! – Usłyszała głos ojca, dochodzący jakby z bardzo daleka. – Abby, nie! O Boże! Pomocy! Niech ktoś nam pomoże! Faith!
Osunęła się na kolana, zaczęła płakać i wołać matkę. W końcu czyjeś silne ręce odciągnęły ją od ciała.
Teraz zamrugała, usiłując otrząsnąć się z koszmaru.
– Jezu – szepnęła.
Nagle uświadomiła sobie, że z kranu ciągle leje się woda. Ochlapała szybko twarz i szyję, a potem otarła je ściereczką do naczyń. Co się z nią dzieje? Czy nie obiecała sobie właśnie przed chwilą, że nie będzie o tym więcej myśleć?
