
Mieli przed sobą niewielkie wzniesienie, przesłaniające widok. Droga zdawała się zakręcać wokół pagórka.
Kapitan ciągnął:
– Bernd, jesteś najmłodszy i co za tym idzie, najmniej doświadczony. Zostaniesz z księżną i Dolgiem. Będziesz ich bronić, choćby z narażeniem życia. My, pozostali, zajmujemy pozycje do walki.
Móri uścisnął lekko rękę syna. Mocny i pewny uścisk dłoni Dolga zawsze go wzruszał.
Taki wspaniały chłopiec! I taki… inny!
Dolg sprawdził, czy kamień znajduje się na swoim miejscu w sakwie, przytroczonej do paska. Spojrzał na babcię Theresę, przełykając ślinę. Księżna skinieniem głowy dodała mu otuchy.
Bernd nie bardzo wiedział, czy ma się czuć urażony, czy też dumny z zadania, które mu wyznaczono, zachował się jednak jak mężczyzna i załadował oba pistolety. Theresa także miała pistolet, natomiast Dolg nie nosił broni. Nie wolno mu było zabijać, Móri, jego ojciec, mówił mu o rym wiele razy wcześniej. Chłopiec wziął Nera na smycz, bo bał się o swego najlepszego przyjaciela. Nero, wiedziony chęcią przysłużenia się państwu, mógł rzucić się w wir ewentualnej walki.
Na rozkaz kapitana jeden z żołnierzy cesarza wyruszył na zwiady. Widzieli, jak się czołga, znika wśród drzew, by wkrótce pojawić się na szczycie. Leżał płasko przyciśnięty do ziemi, nad wierzchołek pagórka wystawał mu chyba tylko czubek głowy. Po krótkiej chwili wrócił na dół.
– I co?
Żołnierz westchnął.
– Gwardziści kardynała von Grabena. Rozpoznałem ich barwy.
– Ilu ich jest?
– Naliczyłem dwudziestu, ale może ich być więcej. Wybrali doskonałe miejsce. W tym gęstym lesie nie zdołamy ich okrążyć.
– Mają konie?
– Tak. I są solidnie uzbrojeni. Bez wątpienia czekają właśnie na nas.
– Dlaczego uważasz, że może ich być więcej?
– Ponieważ w lesie jest prześwit, z początku myślałem nawet, że moglibyśmy ich ominąć właśnie tamtędy. Coś tam jednak było, wprawdzie gęstwina liści nie pozwalała tego zobaczyć dokładnie, ale to mógł być powóz. A przy nim jeszcze jacyś ludzie.
