Z jakiegoś punktu w głębi ekranu wystrzeliwały całe masy gwiazd i pędziły w ich kierunku. Po drodze rozdzielały się, tworząc jakby ogromny lej, a kiedy statek weń wpadał, przepadały za krawędziami ekranu. Pojedyncze punkty podwajały się, a potem przybierały kuliste kształty. Ukazujące się tu i ówdzie mgliste plamy zmieniały się w miliony świetlistych punkcików. I cały czas trwało to złudzenie ruchu. Dotarł do niego głos Channisa:

— Zwróć uwagę, że poruszamy się wzdłuż linii prowadzącej z Trantora wprost do Mgławicy Pellota, w wyniku czego uzyskujemy obraz przestrzeni równoważny obrazowi widzianemu z Trantora. Prawdopodobnie jest między nimi niewielka różnica spowodowana odchyleniem światła w polu grawitacji, ale nie znam na tyle matematyki, żebym mógł skorygować ten błąd. W każdym razie jestem pewien, że ta różnica nie jest istotna.

Ciemna plama wypełniała coraz większą część ekranu. Kiedy Channis zwolnił tempo powiększania, wydawało się, że gwiazdy, niczym żywe istoty, ociągają się z odejściem i niechętnie nikną w rogach ekranu. Na brzegach rosnącej mgławicy rozbłyskiwały na krótko, nim skryły się za nią, roje gwiazd, jakby dając świadectwo temu, że za morzem wirujących, nie emitujących promieni świetlnych atomów sodu i wapnia, które wypełniały całe parseki sześcienne przestrzeni, też istnieje światło.

Obraz zatrzymał się i Channis znowu zbliżył palec do ekranu.

To miejsce mieszkańcy regionu nazwali „Ustami”. Jest to o tyle ważne, że ten fragment przestrzeni przypomina usta tylko wtedy, kiedy ogląda się go z Trantora — mówił wskazując na szczelinę w mgławicy wypełnioną światłem i wyglądającą na ciemnym tle jak nieregularne, wyszczerzone w uśmiechu usta.

— Patrz uważnie na „Usta” — ciągnął. — Patrz tam, gdzie gardziel zwęża się i przechodzi w wąską, rozszczepioną smugę światła.



25 из 236