Ferngraum nadal miał niewyraźną minę.

— Bedę z panami szczery. Mam problemy z moją planetą.

Gregor kiwnął głową z pewną siebie miną. — Nasza praca polega na rozwiązywaniu problemów.

— Jestem pośrednikiem w handlu nieruchomościami, mówił dalej Ferngraum. — Wie pan jak to jest — kupuję planety, sprzedaję — jakoś trzeba zarabiać na życie. Zwykle zajmuję się dzikimi planetami i adaptację pozostawiam nabywcom. Ale kilka miesięcy temu trafiła mi się okazja kupienia planety o naprawdę dużej wartości — sprzątnąłam ją sprzed nosa wielkij spółce handlowej.

Ferngraum z zatroskaniem wytarł czoło.

To jest piękne miejsce — ciągnął dalej bez entuzjazmu — przeciętna tęmperatura dwadzieścia dwa stopnie. Teren górzysty, ale gleba żyzna. Wodospady, tęcze, wszystkie te cuda. I zupełny brak fauny.

— Brzmi to wspaniale — powiedział Gregor. — A mikroorganizmy?

— Nic, co mogłoby być niebezpieczne.

— O co w takim razie chodzi?

Ferngraum wyglądał na zakłopotanego.

— Może panowie słyszeli o tej planecie. Numer ewidencyjny RJC — 5. Ale wszyscy nazywają ją Duch V.

Gregor uniósł brwi.

— Duch to dość dziwna nazwa dla planety, ale słyszał już dziwniejsze. W końcu trzeba było je jakoś nazywać. W zasięgu lotów kosmicznych znajdowało się tysiące słońc z planetami zamieszkałymi przez ludzi lub nadającymi się do zasiedlenia. I w cywilizowanych światach było wielu ludzi którzy chcieli założyć kolonie. Sekty religijne, mniejszości polityczne, grupy filozoficzne — czy po prostu pionierzy chcący zacząć eszystko od nowa.

— Nie przypominam sobie, żebym coś o tym słyszał — powiedział Grogor.

Ferngraum poruszył się niespokojnie.

— Powinienem był posłuchać mojej żony. Ale nie — chciałem zostać wielkim przedsiębiorcą. Zapłaciłem za Ducha V dziesięć razy więcej niż zwykle płace i nabrałem się.



2 из 16