
Genialna metoda z tym szarzeniem! Miliony razy chciałam ją zastosować, ale zawsze zapominałam i jeśli szarzałam, to później, odwaliwszy ciężką pracę i obrzydliwe obowiązki. Szansę na rozkwit miał raczej chłop, idiotka życiowa, nic więcej.
Mogłabym zszarzeć i teraz. Nie czepiać się własnej głowy, zostawić mokre strąki, wypchnąć na twarz te minione dwadzieścia lat…
Aż mnie otrząsnęło. Wstyd straszny. Grzegorz zapewne współczułby mi, drgnęłaby w nim rozczarowana litość, a na plaster mi jego litość?! Jeszcze by się może ucieszył, że zdążył podłapać tę drugą żonę, a mnie by wtedy szlag trafił. Trupem wolałabym paść, niż pokazać mu się w charakterze przywiędłej zmory!
Równocześnie wykończyłam koniak i uczesanie. Przyjrzałam się sobie w lustrze. No dobrze, osiągnęłam stan sprzed deszczu, to co teraz…?
Teraz zadzwonił telefon.
– Halo? – powiedziałam na wszelki wypadek, nie wiedząc, w jakim języku będę musiała rozmawiać.
– No, jesteś – powiedział Grzegorz. – Zabrakło mi cierpliwości czekać do jutra i taką miałem nadzieję, że przyjedziesz już dziś.
Ulga i szczęście spłynęły na mnie wielką, ciepłą falą.
– Jeśli spragniony byłeś sensacji… – zaczęłam delikatnie.
– Spragniony byłem raczej ciebie.
– Nie szkodzi. Sensacja przyjechała razem ze mną i dostarczę ci jej, bo nie wiem, co zrobić.
– Coś się stało?
– Chyba nawet dużo. Kiedy się zobaczymy?
– Obawiam się, że dopiero jutro.
– Cholera.
– Czekaj. Spróbuję, może mi się uda. Ale to będzie dosłownie dziesięć minut, jeśli w ogóle.
– Nie wnikam w twoje przeszkody, dziesięć minut też dobre. Pod każdym względem.
– Za trzy kwadranse, do godziny…
